|Historia ||Wspomnienia 1914 - 1963|

Wspomnienia 1914 - 1963

Wspomnienia Pana Piotra Sabatowicza - urodzony w Długim w 1898 roku

Pamiętnik z 1914 r. miesiąc sierpień po ogólnej mobilizacji austro-węgierskiej, zaczęły się zaraz aresztowania na łemkowskich wioskach. Aresztowali księży i inteligencję. Nasza wioska Długie miała 4o numerów, to aresztowali 14 gospodarzy i wzięli do Thalerhofu, a 12 wzięli do wojska. Z Thalerhofu wróciło 12 a z wojska 9. Na początku wojny nikt nic nie wiedział jak jest na froncie, bo żadnych czasopism ani wiadomości ludzie nie mieli. Było do nas słychać artylerię, a później przychodzili wojskowi i chodzili po górach. Widać było, że zbliża się front. Ludzie byli w strachu, bo słyszeli,że austriacy wszystkie wioski palą przy wycofywaniu się. W miesiącu październiku już nadchodziło wojsko coraz więcej i kopali okopy po górach. Nikogo nie dopuszczali do pola gdzie kopali okopy. Strzelaninę było słychać coraz bliżej. Nocami widać było łuny jak palili wioski. W naszej wsi ludzie co mieli to zakopywali do ziemi a tu jak raz nadchodziła zima. Wojska austriackie obchodziły się z ludźmi bardzo źle. Najlepsi byli Czesi ale wojsko często się zmieniało. Przy końcu listopada widać było, że mają wycofywać się, z ludźmi się jeszcze gorzej obchodzili. Odgrażali się, że wszystko wypalą, że to sami moskalofili. Widać było w każdą noc, że niedaleko wioski się palą. To było w sobotę, spalili sąsiednią wioskę Rozstajne, Nieznajomą i Tichanię.

Już byliśmy pewni, że i naszą wioskę będą palić jak nie w ten dzień to w nocy. Wojska austriackie wycofały się na zachód, to ludzie napowrót ściągali do domu to co mieli schowane, a tu znowu mówili, że ludzi będą zabierać z sobą. Nikt nie wiedział co ma robić. A w większości były same kobiety i dzieci. A strzelaninę słychać było coraz bliżej od Grabiu, wieczorem wojska austriackie wycofywały się w kierunku Węgier. Wieczorem strzelanina ucichła. Całą noc nikt nie spał, każdy pewny był, że naszą wioskę będą palić. A na rano stało się cicho, ani jednego Austriaka nikt już nie widział. Mówili, że w Grabiu już jest ruskie wojsko. Kto mógł to idzie do Grabiu by zobaczyć ruskie wojsko. Każdy się cieszy, że tak prędko przegonili Austriaków, że nie mieli czasu wioski spalić. Bo Grab już zaczęli palić. Ale nadeszło już ruskie wojsko.

Zdążyli spalić jeszcze Cichanie. I tak bez jednego wystrzału nasza wioska została, choć ponad całą wioską kopali okopy przez dwa miesiące. I tak przegnali austriaków daleko od nas. Ale nie na długo tej radości było, bo jak prędko ich wygnali, tak prędko ruskie odstępowali. I znowu przyszli Austriacy. Te same okopy i jeszcze więcej okopów kopali. Zabierali od ludzi wszystko. Chleb mleko, kartofle, wszystko, tylko do roboty nikogo nie brali. I tak siedzieli w okopach do miesiąca lutego. Nasza wioska stała na samej pozycji. Od wioski Radocyna Austriacy a od wioski Rozstajne-ruskie. Front nadchodził od wioski Rozstajne. Od czasu do czasu słychać było strzelanie patroli. Aż przy końcu miesiąca stycznia zaczynają atak Ruskie. Austriacy się wycofali z wioski do okopów. W tą noc spodziewaliśmy się, że Austriacy wioskę spalą ale wieczorem na początku wsi pojawili się Ruskie. Na drugi dzień zajęli już całą wioską. A na górze w okopach Austriacy. Strzelali po domach, poranili ludzi i zwierzęta. Ludzie chowali się po piwnicach, gdzie kto mógł. Na drugi dzień Ruskie poszli do ataku, ale wybrali sobie niedobre miejsce, bo szli pod górę w miejscu nie zalesionym, czystym. Widać ich było ze wszystkich stron. Mogli to podchodzić w innych miejscach, byłoby bezpieczniej ale jakoś komendni nie dbali o to. Doszli tylko do połowy góry, połowa żołnierzy została wybita, reszta wróciła się do wioski. Góra pokryła się trupami. Widać było z daleka, bo był śnieg. A w nocy następnego dnia Austriacy odstąpili bez boju. Widać było, że przerwali front w innym miejscu. Cały dzień ściągali z góry pozabijanych i chowali ich koło każdego krzyża we wsi i przy cerkwi. Front niedaleko od nas się oddalił, bo całą zimę wojsko u nas stało. Śniegi spadły- większe, co utrudniało dowóz prowiantu. Musieli nabierać ludziom to co im zostało w wioskach nie spalonych przez Austriaków. Zabierali krowy, pasze dla koni. Zostawiali po jednej krowie na rodzinę, ale i tak nie było czym karmić bo paszę konie zjadły. Ruskie wojska dobrze się z ludźmi obchodziły nic za darmo nie brali, za wszystko płacili. Jak śniegi odsunęli /odśnieżyli/prowiant dowożono. Za pracę przy odśnieżaniu płacili 1 rubla, dawali pół chleba i słoninę. Na inne roboty nikogo nie zatrudniali. Jak już mogli dowieźć prowiant, to i ludzie i wojsko mieli co jeść. Ludziom dawali przydziały mąki, sucharów i cukru Już i krowy mieli wracać tym co zabrali. Ale stało się inaczej. Ruskie zaczęli wycofywać się. To było przy końcu wiosny. Kto miał jakie zboże to jeszcze zasiał. Ludzie jak zobaczyli, że Ruskie mają wycofywać się, to wszyscy zaczęli z Ruskimi iść do Rosji i to stało się tak prędko. W jeden dzień. I na drugi dzień rano wszyscy wybierali się w drogę.

Kto miał konia to jechał wozem. Ale mało takich było. Reszta pieszo. Każdy zabierał co mógł z sobą i tak szliśmy razem z wojskiem. A drogi były bardzo przepełnione. Bo widać było że się wycofują. Ci, którzy szli bez wozów, szli poza drogę, a kto furmanką, był zatrzymywany przez wojsko, /Ludzie bali się, że jak wrócą Austriacy to będą się na nich mścić dlatego poszli z Ruskimi. I przez to się ludzie poroztawali i tak że ci którzy jechali furmankami zajęli ich Austriacy. I tych Austriacy wrócili z powrotem . Było tak, że z jednego domu się pogubili. Część rodziny wyjechała do Rosji a część wróciła. Pierwszą noc nocowaliśmy w Mszannie na polu koło domu, gdzie kto mógł. Nad ranem posłyszeliśmy niedaleko strzelaninę. Zaraz się wszyscy pozrywali w dalszą drogę. I dalej szliśmy, a z furmankami już nikogo nie było. Na wieczór zeszliśmy do Rymanowa. Każdy był zmęczony. Zatrzymaliśmy się koło jakiejś stodoły. Koło północy usłyszeliśmy karabiny maszynowe. Wojska już mnie było. I nie wiedzieliśmy w które strony mamy iść. Spotkaliśmy na rynku leśniczego co nam pokazał drogę. Szliśmy za drogą ale nie wiedzieliśmy, czy dobrze idziemy. Koło godz. l0 doszliśmy do jakiejś stacji ale powiedzieli nam, że ostatni pociąg już odjechał i szliśmy do drugiej stacji i też nie było pociągu. Kto miał z sobą jaką krowę, to mówili nam ludzie , że do pociągu nam krowy nie wezmą. To każdy sprzedał za co się dało. I cały dzień tak szliśmy do następnej stacji. Następnego doszliśmy do jakiejś wioski Tam było dużo wojska i tam nocowaliśmy na polu, koło jakiejś chaty. Rano wstaliśmy i znowu spieszyliśmy do następnej stacji. Doszliśmy do stacji w Zahorianach i tam nam kazano wsiąść do wagonów. Każdy się bardzo ucieszył, bo każdy był już bardzo przemęczony. Bo to już 4 dzień wędrówki a każdy coś dźwigał. Nas zawieźli do Gródka k.Lwowa. Tam byliśmy tydzień. Mieszkaliśmy w szkole. Dawali dobrze jeść, chodziliśmy do kąpieli. Każdy poczuł się dobrze. Później zabrali nas do Lwowa, we Lwowie wsiedliśmy do pociągu i jechaliśmy daleko aż do ruskiej granicy. Przyjechaliśmy do Kijowa. Na stacjach dawali chleb i gotowane. Opieka była dobra. W Kijowie na stacji wysiedliśmy i prowadzili nas gdzieś na drugi koniec miasta. Kijowianie się bardzo dziwowali co to za naród z tobołkami. I w innych ubiorach. Chwilami trzeba było im opowiadać kto my. Pierwszy raz poczuliśmy słowo "bieżyńcy" z Galicji. Nas przyprowadzili do jednego dużego domu. Tam przebywaliśmy trzy dni. W każdy dzień więcej ludzi z Galicji przybywało.

Później ogłosili gdzie kto chce na jaką robotę. My wszyscy z naszej wioski Długie zgodziliśmy się iść do dużego dworu na gospodarkę /"na ekonomiu"/ w Poltawska Gubernia. Zajechaliśmy pod wieczór na drugi dzień. Wszyscy poszliśmy do roboty w pole ale nie wszystkim ludziom się ta robota podobała. Mieszkali wszyscy razem w jednym dużym domu, robota była od rana do wieczora, a kuchnia dość kiepska. Dzień się robił bardzo długi, płaca była bardzo mała. Na początku wszyscy chodzili do roboty a później coraz mniej się zgłaszało i po 3 miesiącach prawie wszyscy wyjechaliśmy stamtąd, szukając miejsca gdzie jest więcej fabryk. I jeszcze nasi ludzi bardzo tam chorowali na tyfus. Trafiliśmy na taki pociąg którym jechali "bieżeńcy" z Wołynia. Przez drogę dawali nam jeść, za 3 dni byliśmy w "Ekaternosławiu" i tam zobaczyliśmy dużo fabryk. Wysiedliśmy z wagonów, zawieźli nas do pobliskiej wioski Kamionka i zakwaterowali nas w szkole, bo dzieci były na wakacjach. Tam nas przetrzymali 2 tygodnie. Ludzie ze wsi przynosili dla nas jedzenie co kto mógł. Ludzie byli dla nas dobrzy i szczerzy. Kto mógł to chodził do gospodarzy na żniwa, bo młodych brakowało do roboty. Młode chłopaki młócili cepami. Stodół nie było, młócili na polu. Gdzie niektórzy młócili końmi, rozrzucali snopki na polu i po nich jeździli końmi. Jednego razu poszedłem z gospodarzem daleko od wioski 15 wiorst suszyć siano. Pojechaliśmy na noc, wracaliśmy za 2 dni. Jednego dnia wróciłem już było ciemno, wszedłem na korytarz do szkoły, był oświetlony, widziałem pod ścianą trumny, jakoś mi się zrobiło ciężko i smutno. Pomyślałem, że ktoś z naszych umarł. Wszedłem do środka, widzę , że ktoś zmarł. Brat mówi, że nasza mama zmarła. Mało nie zemdlałem koło drzwi. Mama chorowała jak byliśmy w drodze, była w szpitalu, ze "szpitala wyszła, czuła się trochę lepiej. Ale w drodze, w pociągu, poczuła się trochę gorzej. Chwycił ból i nagle zmarła. Przeżyła 48 lat. Zostawiła mama 6 dzieci. Sami chłopcy. Wszystkich było 8 z tym, że dwóch wyjechało do Ameryki. Z tych co byli w Rosji najstarszy miał 18 lat, najmłodszy 4 lata. Pochowaliśmy ją w wiosce Kamionka Ekaternosławska Gubernia na cmentarzu obok cerkwi pod wezwaniem św. Trójcy. Postawiliśmy krzyż. Przy końcu wakacji każdy musiał sobie znaleźć mieszkanie. I tak rozeszliśmy się po tej wiosce. Do czasu znalezienia pracy każdemu dawali po 3 ruble na osobę kto nie był zdolny do roboty. Kto mógł chodził do gospodarzy lub do fabryki, bo tam było dużo kolonistów. Nad Dnieprem było dużo fabryk. Były tam również bardzo dobre ziemie które nie potrzebowały nawożenia. Drzewa nie było, paliło się nawozem /nawóz zwierzęcy ubijano w kształcie cegiełek z ciętą słomą i suszono na słońcu/

Bo 1917 roku pracowałem w fabryce zbrojeniowej -toczyłem łuski do pocisków artyleryjskich. Choć już 3 rok trwała wojna nie brakowało niczego, było wszystko. Był tani chleb, biały pszeniczny, kosztował 3 kopiejki. Funt słoniny 17 kopiejek, trzewiki do roboty 3 ruble. Zarobić można było za 1 dzień 1 rubla. A jak zrobiła się rewolucja zaraz się odmieniło. Roboty nie było, wioska była cała zrabowana, fabryki przesłały pracować, coraz mniej było towaru. Pomoc dla "bieżeńców" przestali dawać. W maju poszedłem do pracy na barkę, która pływała po Dnieprze do Kijowa. Przewożona była sól. Dali mi robotę przy pompie ręcznej. Barki przeciekały i trzeba było bez przerwy wypompowywać wodę. Ciężka praca. A jeszcze trzeba było barką kierować. Statek ciągnął 3 barki do 4o m długości. Moja barka była ostatnia najbardziej nią trzeba było kierować. W jedną noc było bardzo ciemno i wiał silny wiatr, barką bardzo kręciło, zerwała się lina i nasza barkę zaczęło znosić w dół. Wówczas były duże wody, woda była wartka. Nasza barka coraz szybciej płynęła w dół. Spuściliśmy kotwicę ale to nas nie uratowało, lina powtórnie się zerwała, nagle zauważyliśmy że nasza barka się przechyliła i jeden bok zatrzymał się na piasku i wiklinie. Szybko przywiązaliśmy ją do wikliny, bo baliśmy się przypływu wody. Rano statek zawrócił i zabrał nas z sobą. Dopłynęliśmy do Czerkasu. Dalej nie można było płynąć. Wiał silny wiatr. Naszą barkę zostawili w Eniewie, bo tam trzeba było wyładować sól. I tam zobaczyłem naszego sąsiada Szewczyka. Miałem ochotę zobaczyć Kijów. Znałem z książek, że Kijów jest dużym miastem i bardzo pięknym. Bardzo chciałem znaleźć w Kijowie pracę i tam -ostać. Zostawiłem tę robotę, wsiadłem na statek i na drugi dzień byłem W Kijowie.

Jak pięknie wyglądało miasto ze statku gdy zaświeciło rano słońce, Cerkwie świeciły się jak złote, cały Kijów świecił blaskiem. Takie piękne cerkwie pierwszy raz w życiu widziałem. To było coś czarującego. Można by powiedzieć - święte miasto. Wysiadłem ze statku i nie wiedziałem gdzie się obrócić. Trochę postałem i poszedłem w stronę gdzie było widać tartak, wielkie sterty desek, i wielkie składy beczek. I tak patrzę kogo by tu zapytać . Stoi dwoje ludzi, rozmawiają i przekładają deski i słucham, że rozmawiają po naszemu, czysto po łemkowsku. Podchodzę do nich i pytam z jakiej wioski są. Oni mówią, że ze Świątkowej i że tu dużo naszych ludzi z Bartnego. Z każdej wioski ktoś tu był. Powiedzieli mi gdzie tu ludzie z Czarnego, Nieznajowej i podszedłem do nich bo z Czarnego byli mi wszyscy znani. Bo wszyscy razem byliśmy na jednej kwaterze. Z Czarnego Rozdzilski Wasyl, Michał Stach i Iwan Szewczyk z Długiego i Barna Wasyl. W Kijowie było wesoło bo było dużo naszych ludzi. Najwięcej samotnych i młodych. Zrobili nawet zabawę. Mieli swoich muzykantów.

Na naszą zabawę przyszli i inni. Ale wszystko było coraz droższe a później i robotę trudniej było dostać. Kijów przechodził tak samo pod różne rządy. Po rewolucji kierowali Ukraińcy, później przyszli bolszewicy, za 3 dni ostrzeliwali Kijów ale niedługo to było, w 1918 w marcu zajęli Austriacy i Niemcy i byli całe lato. Już wówczas trudno było żyć, nie było roboty. Nie pracowały fabryki, najbardziej brakowało chleba. Wtenczas można było już wracać do domu, ale młodzi się nie spieszyli bo trzeba by było służyć w wojsku austriackim. Później władze, austriackie ogłosiły w Kijowie, że każdy austriacki poddany ma się zgłosić na wyjazd do domu. Kto się nie zgłosi stanie pod sąd i będzie surowo ukarany. O Ojcu i braciach nic nie wiedziałem, listy żadne nie dochodziły. Postanowiłem jechać do domu. Choć wiedziałem, że w domu nie było nikogo ale i tu nie było co robić. Zgłosiłem się do urzędu austriackiego "awerstu" i dostałem zaświadczenie na bezpłatny przejazd i za 4 dni byłem w Jaśle. Razem ze mną jechało dwóch z Ożennej. Szliśmy cały dzień do Żydowskiego. Tam przenocowaliśmy. Na drugi dzień byłem w domu. W naszym domu mieszkał nauczyciel. On pochodził z Długiego a uczył w szkole w świątkowej. Zamieszkał u nas z całą rodziną. Nazywał się Barna. I uprawiał nasze pole. Bardzo mnie to ucieszyło. Powiedziałem mu kto ja jestem. Powiedział, że myślał iż ci, którzy pojechali do Rosji to nie będą już wracać. Przyszedłem do domu jak raz w ten czas jak Austria skapitulowała. Do wojska już nie brali. To było przed zimą Byłem w trudnym, położeniu. W naszej wiosce pozostało tylko 2 rodziny i jedna samotna kobieta. Ci co pozostali byli bardzo zniszczeni. Roboty nigdzie żadnej nie było. Nikt do pracy nie potrzebował. Niektórzy wracali już z wojska. Przeż te zimę tak biedowałem, że trudno opisać. Najbardziej dokuczał głód. Kupić nie było gdzie. Za korcem zboża szedłem 25 kilometrów, a niektórzy jeździli aż do Krakowa. Jakoś zimę przebiedowałem, na wiosnę chciałem coś posiać. Pożyczyłem 25 kg orkiszu i 2 korce owsa / ok. 4o kg/ i 15 kg jęczmienia i 1 metr ziemniaków /bandurok/. Za to co pożyczyłem odrabiałem pracą w polu. Z naszego domu nauczyciel przeprowadził się do sąsiedniego. Mnie zostały gołe ściany. Bez okien. Bo to były jego okna więc je ze sobą zabrał i tak zacząłem gospodarować. Ani miski ni łyżki ani pieniędzy. Był to taki czas co pieniądze nic nie były warte. Chciałem sobie kupić krowę. Krowy były bardzo drogie. Trudne było tyle pieniędzy pożyczyć, a do tego takiemu bez majątku.

Ale jakoś z ciężką biedą pożyczyłem 3 tyś. koron i kupiłem krowę Dla mnie to bardzo dużo znaczyło, bo miałem masło, mleko i ser. W 192o r. w miesiącu lutym powoływali do asynterunku na wojnę polsko bolszewicką i wziąłem sobie zaświadczenie z gromady, że gospodarzę sam, od księdza zaś metrykę i zaświadczenie, że pozostała rodzina jest w Rosji. Poszedłem do Gorlic na komisję, uznali, że jestem zdolny do służby wojskowej. Podałem im reklamacją i byłem pewny, że zostanę zwolniony ale oficer powiedział, że te zaświadczenia muszą być potwierdzone przez policję, że jest prawdą, że pozostała rodzina jest w Rosji i że sam jestem w domu. To było w sobotę. Powiedzieli, że w poniedziałek z tymi potwierdzeniami muszę być w Nowym Sączu. Wówczas mnie zwolnią, gdy z Sącza przyślą takie zaświadczenie. Mnie to bardzo zasmuciło, ale pomyślałem sobie, że zaświadczenie wezmę z sobą, może mnie zwolnią. Po przeglądzie wzięli nas do przysięgi. A że to byliśmy wszyscy z ruskich w si tośmy się uparli, że nie będziemy przysięgać, że my słyszeliśmy, że Rusnaków nie mają prawa brać do wojska, że nas zaliczą jako ochotników. Oficer, który miał odbierać przysięgę stał się bardzo zły. Powiedział, że będzie z nami bardzo źle jak będziemy stawiać opór, że my należymy pod Polskę i musimy w wojsku służyć. Kazał rękę do góry podnieść i przysięgać. Ale tylko dwóch podniosło rękę, bo to byli Polacy. Tych dwóch zabrali , a nam powiedział, że my będziemy aresztowani. Dla mnie to było bardzo niedobre bo byłem pewny, że mi pomoże zaświadczenie od żandarmerii i nie będę służyć wojsku a jak zostanę aresztowany to takiego zaświadczenia nie dostanę. Dali nam godzinę do namysłu, rozmaicie rozmawialiśmy, bo to był pierwszy pobór Rusinów. Dokładnie nie wiedzieliśmy czy Łemkowszczyzna przyznana do Polski, bo żadne wiadomości do nas nie dochodzi jak również i gazety. Uradziliśmy, że szkoda naszego uporu, te może później da się inaczej zrobić, bo przeważnie u każdego była taka myśl, że jak będą brać do wojska to się do Czechosłowacji ucieknie. I tak znowu przyszło do nas dwóch oficerów i zaczęli nas straszyć, że będzie z nami bardzo źle jeżeli ich nie posłuchamy i od razu wszystkich aresztują, zgodziliśmy się złożyć przysięgę i nas wypuścili. W niedzielę rano wziąłem pół kilograma masła i poszedłem, na posterunek. Komendant kazał wypisać, że prawdą jest, że pozostali członkowie rodziny są w Rosji a ja sam gospodarzę, W poniedziałek poszedłem do Gorlic do komisji, oficer powiedział, że w poniedziałek miałem być już w Sączu. Kazał mi iść do Starostwa, żeby mi zaświadczyli czy oddałem zboże /kontyngent/. Mnie to bardzo zasmuciło bo przychodziło mi oddać 2 metry zboża a ja nie mogłem bo ja wszystkiego tyle nie miałem.

Nie powiedziałem mu nic. Poszedłem do Starostwa i pomyślałem , że może tam wyproszę takie zaświadczenie. W Starostwie wszystko opowiedziałem, że pierwszy rok gospodarzę to nie ma z czego oddać. Urzędnik zaczął się złościć mówiąc, że mogłem chociaż 1oo kg oddać ale na zaświadczeniu urzędnik zobaczył, że jest pieczątka Nieznajowa i mówi "to wy jesteście z Nieznajomej"? A ja się już nic nie odzywałem, że jestem z Długiego. On dalej mówił: ,,Nieznajowa została spalona to nie ma dziwota, że nie oddaliście tego zboża i napisał że oddano. Poszedłem na stację z tymi wszystkimi zaświadczeniami ale nie było już żadnego pociągu do Nowego Sącza i wróciłem na komisję i proszę ich że nie mogę już dzisiaj pojechać do N.Sącza bo pociąg już pojechał. Oficer wysłał ze mną kaprala na pocztę i przedzwonił do N.Sącza.

Szedłem do domu przez całą noc, nie chciałem nigdzie już nocować aby prędzej przyjść do domu i dostałem kartę odroczenia na rok. Ale jak Polsce szło kiepsko na froncie tak przy końcu lata pokasowali wszystkie odroczenia i przyniósł mi posterunkowy kartę powołania . Kazał podpisać i na drugi dzień iść do wojska. Poszedłem do komendanta, że może by w jakiś sposób zrobił odroczenie ale on powiedział, że nie ma na to rady i muszę iść do wojska. Dla mnie to był wielki ciężar, że tak ciężko pracowałem, dorabiałem się, już miałem krowę i małego cielaka, już w tym roku więcej zasiałem i wszystko znowu zmarnuje się com przygospodarzył. Do wojska nie miałem ochoty iść i uciekać to samo. Na Słowaki też bałem się uciekać bo myślałem , że już nie będzie można wrócić bo będzie wielka kara. Ala jak raz przyszło z wojska dwóch z naszej wioski i-mówią, że uciekli, że pójdą na Słowację, że w wojsku jest wielka bieda. Żołnierze głodni, obdarci a bolszewicy coraz bardziej napierają na polskie wojsko wycofuje się i my tej nocy uciekli na Słowację. Swoją gospodarkę zostawiłem stryjkowi. Stryjek mieszkał na początku wsi a ja na końcu. Zabrał inwentarz do siebie. Krowę sprzedałem bo obawiałem się, że mi skonfiskują. Na krowę com pożyczył te pieniądze zwróciłem bo mi starszy brat Prokop przysłał z Ameryki 2o dolarów. Na Słowakach byłem u gospodarza za darmo pracowałem, było to już pod jesień, roboty nie było nigdzie. Trafiały się wypadki, że Czesi niektórych oddali Polakom ale trafiało się to rzadko. W listopadzie wojna polsko-bolszewicka zakończyła się, zaczęliśmy pojedynczo wracać do domów. I ja wróciłem ale w domu musiałem się ukrywać przed żandarmami. Ukrywałem się przez zimę u stryjka, przed ludźmi nie trzeba było się ukrywać, tylko przed żandarmami. Z nimi przeważnie nigdzie się nie spotykałem. Których złapali to siedzieli w więzieniu. Przed końcem zimy wybrałem się do Grabu, że może od rodziny dostałbym jakąś pomoc na wiosnę. I spotkałem się z wojskowym tam była wojskowa placówka/ i domagał się ode mnie dokumentów.

Powiedziałem , że nie mam przy sobie dokumentów. On powiedział ze zabierze mnie na posterunek. Miałem przy sobie reklamację ale ona nie była już ważna. Pomyślałem, że może się uda i szukam po kieszeniach i powiedziałem, że mam przy sobie reklamację , wyjmuję i pokazuję mu, on mówi, że jest dobrze ale trzeba ją już przedłożyć bo nieważna, i tak mnie ten dokument uratował a miałem go wyrzucić. Więcej już tak dalej nie wychodziłem. Przy końcu kwietnia 192o r. poszło nas paru takich co się ukrywali do N.Sącza zameldować do wojskowej komendy. Trudno tak dalej było się ukrywać. Na komendzie bardzo się ostro do nas zabrali . Wypytywali gdzie byliśmy, dlaczego nie poszliśmy do wojska. Nie jeden i dostał przy tym. Ja pokazałem mu reklamację, że byłem w domu bo miałem gospodarkę. On tą reklamację podarł, powiedział, że nie ważna. Powiedziałem, że byłem w domu i prowadziłem gospodarstwo. Powiedział, że wszyscy pójdziemy do więzienia. Trzymali nas cały dzień, dwom nam dali zwolnienie a resztę zatrzymali. Powiedzieli, że ci z 1898 r pójdą później do wojska służyć. Czekaliśmy na korytarzu, przed samym wieczorem przyszedł do nas oficer i dał nam zaświadczenie, że na razie mamy odroczenie i tak skończyło się ukrywanie, szczęśliwie.! Tej wiosny już zasiałem więcej jak poprzedniej, kupiłem krowę i poszedłem od stryjka do swojego domu i w tym roku się ożeniłem. Zacząłem gazdować lepiej. Wziąłem na wiano konia, krowę , dwie owce. W zimie 1922 r. wrócili z Rosji Tatowi bracia Iwan, Dymitr, Andrzej i Michał. Starszy brat Jurko umarł w Rosji. Żona jego wróciła z dziećmi i poszła do swoich rodziców. Tato o mnie nic nie wiedzieli, dowiedzieli się aż w Jasionce, że ja jestem w domu. Dali mi znać, że Tato i bracia wracają i są u szwagierki w Czarnym. Zaprzągnołem konia i pojechałem po nich. Wszyscy się bardzo ucieszyli, że mają do kogo wrócić, nie do pustego domu. Bardzo się zdziwili, że tak wziąłem się do gospodarstwa. Wiele osób odradzało mi żebym się jeszcze nie żenił, że przy tych czasach trudno o wiano ale Tato bardzo się ucieszył że ożeniłem się. Mieliśmy już wszyscy jedzenia pod dostatkiem.
W 1925 r. brat Jan ożenił się w Radocynie, mieliśmy mu w tym roku dom budować ze swojego drzewa, obsiać pole wianne i dać mu pług, bo w tamtym gospodarstwie nie było. Przez zimę ścinaliśmy drzewo i ciosali a na wiosnę wzięliśmy się za budowę. Na wiosnę, w kwietniu tato bardzo zachorował, miał wielki ból w środku, w nocy był ksiądz a rano zmarł. Przeżył 63 lata. Bratu w tym roku dom pobudowaliśmy, ale on mieszkał w tym domu tylko 3 lata. Polański, u którego się ożenił, pola im nie zapisał przed weselem, bo tato uwierzył mu na słowo, że innemu dziecku nie zapisze a później baby się nie pogodziły /żona mojego brata była przybranym dzieckiem Polańskiego, po ożenku doszło do sporu miedzy przybraną matką/

Żona Polańskiego chciała to przekazać dla swojej rodziny, własnych dzieci nie mieli. Brat kupił w innym miejscu dom za 2oo dolarów ale dom był stary i trzeba było pobudować nowy. Jak już zbudował drugi dom, pracował w tartaku. Dość dobrze się zagospodarzył. Natomiast Polański musiał opuścić dom brata, bo nie mógł pogodzić się z tym którego przyjął do domu i miał mu zapewnić opiekę na starość. Starości dożył na obcym, nakomornym /swój stary dom rozebrali/ Brat Iwan/Jan/ i tak niedługo w tym drugim domu pomieszkał, bo w 1936 r. na wiosnę zachorował i dłuższy czas był w szpitalu ale nie wyzdrowiał. W 1937 roku przed Zielonymi Świętami na 37 lat życia zmarł. Dzieci nie pozostawił, bo nie mieli. Bardzo wielki żal mieliśmy z powodu jego śmierci. To był nadzwyczajny brat. W każdym żył dobrze a do tego był bardzo pracowity. On na tej nowej gospodarce tak dobrze wszystko urządził, że mało gdzie tak było. Drugi brat Dymitr też się ożenił w Radocynie u Graconia w 1926 r. Wyjechał w 1945 r. do Rosji, umarł w 1946 w 43 roku życia. Zostało po nim5 5 dzieci. Brat Andrzej wyjechał do Argentyny w 1928 r. przez 2 lata pisał, później nie pisał i żadnej wiadomości od niego nie otrzymaliśmy, co się z nim stało. Najmłodszy brał Michał ożenił się w Zdyni, wyjechał też do Rosji, Przy wianowaniu wszystkich braci musiałem się dużo zadłużyć bo każdemu trzeba było zrobić wesele, dwóm pomoc przy budowie, bratu Dymitrowi dałem 1 5o dol. dla brata Andrzeja kupiłem bilet na drogę / 1 5o dol. Brat Michał miał zostawione 15o dolarów i półczwartek gruntu /5 morgów/ ale spłaciłem go z tego pola i dałem mu 2oo zł. Część ta przypadała po jego matce i sobie w 1927 roku też zbudowałem dom. Miałem długu jeszcze 2oo dolarów, Wówczas procent był duży, przeważnie 2o dol. od 2oo na rok. A byli też i tacy co brali 25 dolarów. A do tego czasu nadszedł światowy kryzys. Wszystko było tanie, za krowę wziąłem 80 zł. Od 1oo dolarów trzeba było dać 100 zł procentu. Dolar kosztował 5 złotych. Ale pomału z tego długu wyszedłem. Najwięcej ratowało mnie drzewo ale też było tanie. Do Gorlic 3o km a raz jak odwiozłem to wziąłem 25 zł/ za kubik/ I tak z tego długu wyszedłem na drzewie. Po 1934 r. po trochę się polepszało, kryzys zaczął przechodzić. W 1937 r. całkiem wyszedłem z długu, kupiłem młocarnię, kierat, maszynę do szycia. Nie łatwo to przychodziło. Trzeba było nocami nie spać, bo nie raz i dwa razy w tygodniu trzeba było jechać do Gorlic z drzewem. Z domu wyjeżdżało się w poniedziałek przed południem, żeby we wtorek być w Gorlicach. A wracało się we wtorek w nocy. I tak co rok było już lepiej. Ale nadszedł rok 1939. Od samej zimy tak jakby czuć wojną było. Wszystko świadczyło że do wojny dojdzie. Pod koniec lata już dokładnie było widać że do niej dojdzie. Starsi wojskowi chodzili po polach coś opisywali i zaraz później zaczęli kopać okopy . Ludzi brali do kopania okopów na Magurze

Trzeba było iść 2o km pieszo. W ostatnich dniach było już coraz gorzej, przelatywały niemieckie samoloty i na granicy słowackiej słychać było strzelanie. Do Gorlic nie można było jechać przez Pętną bo drogi były zawalone drzewem, trzeba było jechać przez Magurę i trzeba było mieć przepustkę od wojskowego komendanta. Długo tak nie było, bo tak prędko polskie wojsko odstąpiło bez jednego wystrzału ani ludzie nie wiedzieli kiedy Niemcy przyszli. Ponad Grabiem tzw."grabską cesarką" wojska niemieckie przejechały i tak przez 3 miesiące było spokojnie, żadnych rozkazów nie było. Jak zaczęła się zima najpierw zaczęli brać ludzi do odśnieżania dróg, młodych zapisywać do Niemiec na roboty, Na kontyngenty wyznaczali krowy ale jeszcze tak ostro nie było. A czym dalej tym brali się ostrzej. W zimie musieliśmy wozić drzewo dwa razy w tygodniu do Gorlic, tak było przez całą wojnę, bez przerwy. To najbardziej dawało się we znaki. Nakładali wysokie kontyngenty: zboże, mleko, masło, jajka, wszystko co gospodarz wyprodukował. To wszystko za marną wypłatę. Jak front przybliżył się to brali ludzi do kopania okopów. Dużo nie było komu, bo wszystkich młodych zabrali do Niemiec na roboty. Przychodził oficer niemiecki, wszystkich miał spisanych i musieli stawiać się na zbiórkę. W 1944 r. przy końcu lata front się do nas przybliżył, wszyscy się cieszyli, że może jak najprędzej front przejdzie ale tak nie było. Jednego razu we wrześniu poszedłem do lasu po drzewo, naraz nadleciały samoloty, nastała strzelanina i wybuchy ale z lasu nie można się było zorientować co się stało. Wyszedłem z lasu i widzę, że w Grabiu domy się palą. Tam było wesele jak zauważyli ruch i myśleli, że to Niemcy i spuścili parę bomb /Rosjanie/ Spalili wówczas 14 domów, 5 osób zabitych i dużo rannych. W tym czasie od Rostajnego do Grabu przyszło dużo ruskiego wojska, które się przerwało przez niemiecki front, postali 3 dni a później się wycofali do Rostajnego. Następnego dnia wszystkich ludzi z Grabu, Ożennej i Wyszowatki wysiedlili, zrobił się front, padały pociski z jednej strony niemieckie, z drugiej rosyjskie. W tym czasie przybliżył się już i front, pociski dolatywały już i do nas. Wojska niemieckiego pełno było i u nas. Wszystkich dalej brali do okopów od 14 do 60 lat. W naszej wiosce nie wysiedlali tylko przeganiali z 5 domów do jednego albo kto miał piwnicę to mógł zostać w piwnicy. Front stał na miejscu w Polanach, Żydowskiem i Cichaniach. Tam trwały wielkie walki. Tam Niemcy byli tak silnie zadekowani, że nie było możliwości ich wygnać. Trzymali się aż do 12 stycznia. W połowie stycznia ludzie przekazywali jedni drugim, że Niemcy będą się już wycofywać. Na nasz ruski rok /14 stycznia/ widać było, że Niemcy są niespokojni, na kopanie okopów nikogo nie biorą. Pod wieczór Niemcy stacjonujący u nas odjechali, przyszli frontowi zabierali wszystko co się dało, krowy, konie ale później pozostawiali po drugich wioskach, bo Ruskie zaszli ich z drugiej strony i front odsunął się już daleko.

Jak wkroczyli Ruscy dużo - naszych chłopców zgłosiło się do wojska i w tym czasie zaczęło się przesiedlenie, większa część ludzi szła z ochotą, dobrowolnie, tam gdzie wioski były popalone a reszta wyjeżdżała rozmaicie. Zmuszali rozmaitymi sposobami, różnie postępowali z tymi co nie wyjeżdżali. Niektórych przymusowo zabierali na furmanki, wywozili do Jasła albo do Gorlic. Ale później się ludzie dowiedzieli, że przymusowo to nie jest, wracali do domów. Dowiedzieli się , że ci którzy zapisywali /NKWD/ robili to nielegalnie. Nabierali różnymi sposobami, straszyli. Co się robiło na naszych wioskach to strach pomyśleć i trudno opisać. Większa część wyjeżdżających krzywdziła tych co pozostawali. Tych co zostawali brali do pomocy dla tych co wyjeżdżali do Rosji, bo każdy zabierał wszystko co miał a na stacji czekali całymi miesiącami, czekali na wagony. Cały czas dowozili bo trzeba było paszy dla krów i koni, niektórzy nawet wrócili, bo nie mogli doczekać się wyjazdu kto był już wpisany na liście to nie tak łatwo było się wrócić. Bo i domy poniszczyli tym którzy mieli wyjechać, okna powybijali, piece porozwalali a i temu wybili co został. Ci co wyjeżdżali i mieli zasiane pola to powypasali im nawet zboża. Po wysiedleniu nasze wioski bardzo smutnie wyglądały. Bo na wiosnę ci którzy się zapisali na wyjazd już nie obsiewali ani orali swoich pól. Nie wszystkie wioski tak wyglądały, przeważnie w jasielskim powiecie tak wyglądało, bo tam były największe zniszczenia wojenne. W gorlickim w Radocynie zostało dwie rodziny, w Długim 6 rodzin, w Czarnym 9 rodzin, w Koniecznej mało kto wyjechał. Gorlickim powiecie mniejsza część wyjechała. W jesieni w niektórych wioskach polski rząd zmuszał do wyjazdu ale nikt nie wyraził chęci, nikogo nie brali przed zimą. Gdzie niektórzy wracali z Rosji z tych którzy wyjechali . W 1946 r. na wiosnę znowu polskie jednostki wojskowe niespodziewanie zajeżdżali do wiosek i kogo złapali to wywozili, mówili że wywożą do Rosji ale wyższe władze może o tym nie wiedziały, bo każdy się upierał i wszystkim z powrotem kazali wracać. Ruski rząd powiedział, że przymusowo nikogo nie bierze. I powracali wszyscy z powrotem teraz. I w tym roku zaczęła się pokazywać UPA. Nadchodzili od wschodu. W niektórych wioskach, dawali się bardzo we znaki ludziom, bo przychodzili nocami i zabierali wszystko co im było potrzebne. Ubrania i inne, a od rządu polskiego było nakazane żeby każdy meldował wojsku lub milicji o pojawieniu się takiej bandy. I tak ludzie na początku zaczęli robić a ci z lasu wiedzieli wszystko, kto co zameldował, choć wiedziała o tym tylko milicja.

Jednego razu przyszli w nocy, czterech ubranych w polskich mundurach do Wyszowatki, do Stefana Pichosza. Udawali polskie wojsko i pytali gdzie droga do Grabu, na placówkę. On wyszedł na pole, pokazał w którą stronę mają iść i już nie wrócił. Na drugi dzień ludzie znaleźli go powieszonego z tabliczką z napisem: ,,Zasądzony na karę śmierci za zdradę ukraińskiego narodu. Na wiosnę 1947 roku, w miesiącu czerwcu zaczęły chodzić słuchy że wszystkich Rusnaków będą wysiedlać na Zachód, przez te partyzantkę / UPA/ co przebywa w lasach. Ludzie jeszcze nie wierzyli, bo takie partyzantki nie tylko w naszych stronach były ale przeważnie po całej Polsce były. Chcieli oni zmienić ustrój jaki po wojnie nastał. Ale tu była inna przyczyna. Chcieli wszystkich Rusnaków przesiedlić. Bo zwykli ludzie nic temu niewinni byli ani ludność Łemkowska nie była nastawiona wrogo do polskiej ludności. Mogli się znaleźć tacy, ale były to jednostki. Tym przesiedleniem zrobili wielką krzywdę ludności narodowości łemkowskiej. Na początku czerwca do naszej wioski wieczorem przyszło dwóch żołnierzy i rozkazali, że na rano mamy być wszyscy gotowi, będą nas wysiedlać. Rano przyszło wojsko i kazali wyjeżdżać, zabierać z sobą tylko to co najważniejsze. Wywieźli nas do Grabu, tam potrzymali nas jeden dzień następnie przewieźli do Krempnej, na trzeci dzień do Jasła. Przychodzili do nas starsi ludzie z polskich wiosek, którzy pamiętali jak już raz łemków wysiedlali i pocieszali że na pewno z powrotem wrócimy. Później przydzielili jeden wagon na dwóch gospodarzy, trzeba było zmieścić tam bydło, bagaże i ludzi. Wagony przeważnie były nie kryte. Wieźli nas pięć dni. Przez drogę wielu z nas smuciło się, przeważnie widzieliśmy piaski. Coraz mniej widać było ludzi, coraz więcej zniszczeń przez wojnę. Na piąty dzień rano przyjechaliśmy do Braniewa woj. olsztyńskie. Miasto było całe zgruzowane, dwa sklepy znajdowały się w całym mieście. To nas jeszcze pocieszało, że widzieliśmy wielkie trawy. I tak nas tu rozsiedlili po całym powiecie. Jak ciężko było z domu wyjeżdżać, tak tu ciężko było się rozdzielać w nieznanych stronach. Każdego ściskał żal w sercu. Nas przydzielili dwóch do jednego domu. Poszliśmy zobaczyć ten dom, na dachu nie było ani jednej całej dachówki, ani drzwi, ani okien i ani jednego człowieka . Wróciłem na stację i powiedziałem, że za nic tam nie pójdę, ale powracali się i inni i tak samo mówili. W każdej wiosce było tylko po parę ludzi. I tak zaczęliśmy od nowa gospodarzyć, bez okien, bez drzwi, bez dachu, same mury. Najpierw zaczęliśmy zbierać dachówkę żeby pokryć dachy i drzwi po pustych domach, żeby jakie takie wstawić.

Najgorzej było z oknami. Przydzielili nam po dwa arkusze szyb. Okna były bardzo duże, zaledwie wystarczyło na jedno okno w pokoju i w kuchni. Nie było jeszcze takie zimno, ale trzeba było zabezpieczyć się od komarów. Trawy były bardzo duże. Jak wypuściliśmy krowy to trzeba było wychodzić na dach stodoły żeby ich zobaczyć. Obawialiśmy się chodzić po polach, bo były jeszcze zaminowane. I tak coraz lepiej zaczęliśmy gospodarzyć. Mieliśmy już siedem krów, a wszystkiego 15 sztuk bydła. Dużo produkowaliśmy zboża, do 70 m i więcej i kupiliśmy prawie wszystkie maszyny rolnicze: grabarkę, kopaczkę do ziemniaków, młocarnię i motor, snopowiązałkę. Nas osiedlili blisko PGR-u. W 1962 r. wyszła ustawa, że kto mieszka blisko PGR-ów to będą przesiedlać i nas do tych zaliczyli. Kazali szukać innego miejsca albo tę ziemię przekazać na skarb państwa, jeśli ktoś był w wieku emerytalnym. I miałem już dość tej przeprowadzki a wiek podchodził już do emerytury i przekazałem budynki i pole na skarb państwa. Za to otrzymaliśmy z żoną 700 zł emerytury. Syn Dymitr kupił koło Gorlic w Siarach od Tadeusza Gawora małą gospodarkę za 160 tysięcy. W 1963 r. przenieśliśmy się do Siar k/Gorlic. Mieszkam razem z synem i tak się zakończyła moja wędrówka.

Wspominał: Sabatowicz Piotr - ur. w 1898 r.