|Plutonowy pilot Izydor Jan Konderak - nr służbowy 782574||Major nawigator Stanisław Ateński - nr służbowy P-1147||Ppłk. pilot Zygmunt Popławski - nr służbowy P-1528 ||Kpt.pilot Mieczysław Medwecki - zginął 1 września 1939 r.||Ppor. strz. pokł. Józef Zubrzycki - nr. sł. 792485||Płk pilot Bohdan Jan Ejbich - nr. sł. P - 0922||Kapral strzelec Janusz Dudziak nr sł. 704196|

Kpt.pilot Mieczysław Medwecki - zginął 1 września 1939 r.


Rozdział I

Zarys historyczny rodu Medweckich

Bohaterem niniejszej pracy jest pilot kpt. Mieczysław Medwecki, dowódca III Dywizjonu Myśliwskiego 2 Pułku Lotniczego (121 i 122 EM) w Krakowie, który poniósł bohaterską śmierć 1 września 1939 roku broniąc polskiego nieba przed niemieckim agresorem. Kontynuował on z godnością tradycje rodzinne, które sięgały już powstań narodowo- wyzwoleńczych XIX wieku. Wywodził się on bowiem z patriotycznej rodziny, która uczestniczyła i ponosiła najwyższe ofiary w ważnych dziejowo momentach polskiej historii. Dlatego też część naszej pracy poświęcimy na zarys historii przodków kpt. Medweckiego, którzy niewątpliwie przyczynili się swoją patriotyczną postawą do ukształtowania charakteru tego młodego człowieka.

Edward Medwecki (1829-1920) uniknął zesłania na Sybir. Po ukończeniu szkół w Krakowie został profesorem geometrii wykreślnej w Wyższej Szkole Przemysłowej(obecnie politechnika) w Krakowie. Edward miał troje dzieci: Wiktora- prawnika, który został aresztowany przez Niemców i zginął w obozie w 1945r.

Brat Edwarda Adolf- który mieszkał w Niżankowicach miał trzech synów. Jego najstarszy syn Zygmunt brał udział w zrywie niepodległościowym roku 1863 czyli Powstaniu Styczniowym. Było one kolejnym wielkim powstaniem narodowym Polaków w XIX wieku. Było to pierwsze doniosłe ze względów historycznych wydarzenie w dziejach Polski w którym czynny udział wziął członek rodziny Medweckich.

Powstanie styczniowe było drugim wielkim powstaniem narodowym Polaków i wybuchło pomimo wielu przeciwności. Niewątpliwie fatalna sytuacja Polaków w zaborze rosyjskim zmusiła do tak radykalnego działania i sięgnięcia po broń z o wiele silniejszym przeciwnikiem. Sytuację pogarszał jeszcze fakt, że powstanie wybuchło w środku ostrej, polskiej zimy w wyniku ogłoszonej przez Rosjan branki do wojska carskiego Polaków zamieszanych w opozycję antycarską Z tego też tytułu powstanie było źle przygotowane i miało bardzo małe szanse powodzenia. Na domiar złego społeczeństwo polskie było podzielne co do zakresu i metod walki z Rosjanami dzieliło się na dwa wielkie stronnictwa: białych i czerwonych. Z tego też powodu niecałe społeczeństwo Polskie miało wziąć udział w powstaniu. Mimo jednak tych wszystkich przeciwności była grupa Polaków, która nie bała się chwycić za broń. Wśród nich był również Zygmunt Medwecki. Na wiosnę społeczeństwo Polskie zaczęłosię krystalizować w obliczu wspólnej sprawy niepodległości.

Do powstania przyłączyli się biali pomimo tego wobec przeważającej siły wroga i aresztowaniu dyktatora powstania Traugutta powstanie upadło. Tym powstańcom, którym udało się przeżyć wojnę czekał bardzo ciężki los…

W walkach powstańczych zginęło tysiące patriotycznie nastawionych Polaków. A kilkadziesiąt tysięcy zostało zesłanych na Sybir. Wśród nich był wspomniany wcześniej Zygmunt, który został przez Rosjan i z którego udało mu się wydostać po kilku latach. Osiadł w Warszawie, ożenił się, miał trzy córki. Jednak na Syberii nabawił się gruźlicy, przyjechał na leczenie klimatyczne do Muszyny, gdzie zmarł. Grobowiec jego znajduje się koło starej kaplicy na muszyńskim cmentarzu.

Józef (1822-1902r.)- starszy brat Edwarda i Adolfa, był burmistrzem Muszyny, miał pięcioro dzieci. Jednym z synów był Antoni, który z kolei miał troje dzieci: Mieczysława lotnika, Witolda i Wandę. Najstarszy Witold zginął w roku 1926 podczas Przewrotu Majowego w Warszawie. Było to następne ważne wydarzenie w historii Polski w którym uczestniczyło kolejne pokolenie rodu Medweckich. Geneza wydarzeń 1926 roku wynikała z kilku istotnych czynników.

Jednym z najlepszych przykładów nieudolności polskich polityków było to, że w ciągu 8 lat nasz kraj miał aż 13 rządów, co było liczbą naprawdę godną uwagi. Duże rozbicie polityczne, jakie istniało w kraju, a także niemożność wyłonienia stabilnej większości rządowej musiało doprowadzać do takich a nie innych sytuacji. Drugim powodem był nasz zachodni sąsiad, wielki wróg naszego kraju, który później w przyszłości miał dokonać kolejnego rozbioru kraju. Mowa tutaj o Niemcach i wojnie celnej toczonej z nimi w 1925 roku. Skutkami tej wojny były wzrost kryzysu gospodarczego, nowe fale bezrobocia, a także strajków i demonstracji.

W 1926 na początku roku do objęcia steru w państwie zmierzały dwa stronnictwa polityczne, co doprowadzało oczywiście do nowego kryzysu rządowego.

Pierwszym z nich było stronnictwo prawicowe, które było oskarżane o śmierć prezydenta Narutowicza i dążenie do dyktatury typu faszystowskiego. Drugie to Lewica, która była niezadowolona realizacją założeń demokracji parlamentarnej (kraj wolny i sprawiedliwy).

Jeszcze jednym powodem doprowadzenia do zamachu było fiasko polskiej polityki zagranicznej opartej głównie na sojuszu z Francją. Tak więc mamy już główne powody, które doprowadziły do zbrojnego wystąpienia Piłsudskiego i starcia się z rządem Witosa i prezydentem Wojciechowskim.

Rankiem 12 maja Piłsudski opuszcza swój dworek w Sulejówku i na czele kilku zbuntowanych pułków legionistów pomaszerował na Pragę, zajmując przyczółki mostów na Wiśle. Tam czekała go wielka niespodzianka w postaci starego współpracownika pana prezydenta Wojciechowskiego.

Obaj spotkali się na moście Poniatowskiego. Moment ten został zapisany w historii jako wielce doniosły. Prezydent postawił sprawę jasno. Wszelkie próby użycia siły spotkają się z odporem ze strony rządu i tych jednostek, które pozostały mu lojalne. Marszałek Piłsudski musiał podjąć teraz ważną decyzje czy ma się pogodzić z polityczną klęską i wielkim upokorzeniem, albo zwrócić broń przeciwko byłym przyjaciołom i podkomendnym.

Sprawy jednak zaszły tak daleko, że nie było już dla marszałka odwrotu. Walki trwały 3 dni. Zginęło około 300 żołnierzy w tym nasz kolejny bohater Witold Medwecki a ponad tysiąc zostało rannych. Te liczby są o tyle ważne, bo chodzi o Polaków, którzy zabijali Polaków.

Sprawę na korzyść Piłsudskiego rozstrzygnęli kolejarze-socjaliści, których strajk sparaliżował komunikacje i uniemożliwił posiłkom rządowym dostanie się do stolicy. 14 maja Wojciechowski i Witos skapitulowali w Belwederze. Ta porażka spowodowała powrót na scenę polityczną Piłsudskiego, który przez następne 9 lat życia miał zostać autentycznym władcą Polski.

W ten oto sposób dochodzimy do następnego dziejowego sprawdzianu narodu Polskiego a zarazem największej wojny w dziejach świata toczącej się w latach 1939-1945 w której to również nie zabrakło kolejnego bohatera, który kontynuował tradycję swojej rodziny- Mieczysław Medwecki, dowódca III Dywizjonu Myśliwskiego, 2 Pułku Lotniczego w Krakowie.

Rozdział II

Lotnictwo w roku 1939

Porównanie liczebności wojsk i uzbrojenia

Polska Armia była kilkakrotnie mniej liczebna niż wojska niemieckie. Dodatkowo agresja ZSRR z armią liczącą 1,5 mln. żołnierzy przesądziła o klęsce II Rzeczpospolitej. Wojsko polskie w dużej mierze składało się z jednostek poborowych, które sformowały się na kilka dni przed walkami lub już w czasie prowadzenia działań.

Alianci (Anglia i Francja) posiadali we wrześniu przygniatającą przewagę nad Niemcami. Mimo tego - poprzez fatalne decyzje polityczne i militarne - nie podjęli działań i w rezultacie dali się pokonać wojskom Hitlera w następnych miesiącach. Ogromna armia francuska (5 mln. żołnierzy, 6 tys. czołgów, prawie 3 tys. samolotów!) była przestarzała zarówno pod względem używanego sprzętu jak i stylu dowodzenia , a słaby korpus wojsk brytyjskich nie mógł zatrzymać niemieckiego pancernego walca w 1940 roku.

Na początku tego rozdziału chcemy skupić się na przedstawieniu bilansu sił lotniczych Polski I Niemiec przed wybuchem II Wojny Światowej. Chcemy przybliżyć tym samym bohaterską walkę naszych lotników, którzy mając nieporównywalnie gorszy sprzęt i mniej ludzi za wszelką cenę, cenę nawet własnego życia bronili polskiego nieba przed hitlerowskim najeźdźcą .

WOJSKO


SAMOLOTY



Messerschmitt Me-110C


Ciężki myśliwiec dalekiego zasięgu - niszczyciel, był przeznaczony do eskortowania formacji bombowców zmierzających do celów na tyłach wroga. Był uzbrojony w 2 działka 20mm, 4 karabiny 7,92mm oraz karabin strzelca 7.92mm. Czasami uzbrojony był także w bomby 125kg. Używany również jako myśliwiec nocny. W 1939 roku Niemcy dysponowali pond 400 samolotami tego typu.

Junkers Ju-87B


Koń roboczy armii niemieckiej. Prace nad samolotem rozpoczęto już 1934 roku. Był to dwumiejscowy dolnopłat ze stałym podwoziem, o konstrukcji metalowej, posiadał ruchome hamulce aerodynamiczne pomocne podczas ataku w nurkowaniu. Ju-87 zaczął służbę w 1937 roku i brał udział we wszystkich kampaniach. Chrzest bojowy przeszedł w Hiszpanii w 1938 roku. W Polsce we wrześniu walczyły wszystkie stukasy w liczbie 304 (lub 336) maszyn. Zestrzelono w sumie 31 maszyn. Brały udział w bombardowaniach m.in. mostu w Tczewie, placówki Westerplatte, okrętów ORP Gryf i ORP Wicher, a także zatopiły ORP Mewa i ORP Jaskółka. Samolot był uzbrojony w karabin maszynowy strzelca 7,92mm, 2 karabiny maszynowe umieszczone w skrzydłach oraz ładunek 1000kg bomb.

Heinkel He-111B


Heinkel He-111 był nie tylko średnim bombowcem, ale i także samolotem transportowym. Został stworzony pod przykrywką samolotu pasażerskiego z powodu ograniczeń narzuconych przez traktat wersalski. Zaczął służbę w maju 1936 i był używany w licznych odmianach do końca wojny w 1945 roku.
Był to podstawowy bombowiec niemiecki podczas całej wojny. Posiadał średnie opancerzenie, był wyposażony w 3 ruchome karabiny maszynowe i mógł zabrać 2000kg bomb. W wrześniu polscy piloci zestrzelili aż 43 samoloty tego typu. Poza lotnictwem niemieckim He 111 w różnych wersjach były na wyposażeniu lotnictwa bombowego Rumunii, Węgier, Finlandii i Hiszpanii.


Samoloty bombowe:

PZL 37b Łoś

Wszedł do służby w 1938 roku. Był jedynym nowoczesnym samolotem polskiego lotnictwa we wrześniu 1939r. Średni bombowiec PZL 37b był odpowiednikiem niemieckiego He-111 posiadając większą szybkość maksymalną i większy udźwig bomb. Zostało wyprodukowanych około 100 Łosi, ale tylko 36 (lub 44) wzięło udział w walce jako część brygad bombowych. Największym osiągnięciem Łosi było zadanie dotkliwych strat Niemcom pod Częstochową oraz powstrzymanie na kilka dni natarcia niemieckiego pułku zmotoryzowanego SS "Germania".


PZL 23b Karaś

Lekki bombowiec wielozadaniowy i samolot rozpoznawczy wszedł do służby w 1936 roku i był podstawowym składnikiem polskich brygad bombowych. Wszystkie Karasie wchodzące w skład brygad bombowych zostało zniszczonych podczas walk, a w sumie w całej kampanii brało udział 120 maszyn tego typu. W walkach udział wzięło również 5 sztuk wersji eksportowej PZL 43B, która różniła sie silnikiem (Gnôme-Rhône 14KS) oraz uzbrojeniem strzeleckim.


Samoloty obserwacyjne i łącznikowe:

Lublin R XIII D

Pierwszy lot wykonał w 1931 roku. Był bardzo łatwy w pilotażu oraz posiadał doskonałe własności lotne (podczas jednej z prób sam wylądował na polu po tym jak wyskoczył z niego pilot!). Był podstawowym wyposażeniem eskadr obserwacyjno-łącznikowych. Łącznie wybudowano 288 samolotów we wszystkich odmianach. Od 1938 roku były wycofywane z pierwszej linii i zastępowane przez nowocześniejsze RWD 14 Czapla. We wrześniu 1939 roku w jednostkach bojowych znajdowało się jeszcze 50 samolotów w wersjach C i D. Przeprowadzano na nich rozpoznanie pola walki oraz loty łącznikowe. Część samolotów udało się ewakuować do Rumunii, na Węgry i na Łotwę. Lubliny w wersjach od A do D były uzbrojone w 1 ruchomy k.m. 7,9mm, a wersje E i F w 2-3 k.m. 7,7mm i 200 kg bomb.


RWD 14 (LWS) Czapla

W 1937 roku zlecono budowę 65 maszyn rozpoznawczych LWS Czapla Lubelskiej Wytwórni Samolotów. We wrześniu latały na rozpoznanie i utrzymywały łączność pomiędzy sztabami. Straty były bardzo duże i wyniosły ponad 75% maszyn. 8 Czapli przedostało się do Rumunii. Samolot był wyposażony w karabin maszynowy pilota PWU wz. 36 kal. 7,7mm i karabin maszynowy ruchomy Vickers F kal. 7,7mm, reflektor, aparat fotograficzny i radiostację.


PZL 46 Sum

Zaprojektowany w 1937 roku miał zastąpić wysłużonego PZL 23B Karasia. W PZL złożono zamówienie na 300 egzemplarzy PZL-46A, z tego 140 przeznaczonych do 1 linii, a 160 do szkolenia i rezerwy. Przygotowania do produkcji rozpoczęto w PZL WP-1 na początku 1939 roku. Zakład miało opuszczać miesięcznie 19 maszyn, z możliwością zwiększenia do 30 w warunkach mobilizacji. W kampanii wrześniowej wziął udział tylko nieuzbrojony prototyp.


LWS 3 Mewa

Zaprojektowany w 1938 roku jako samolot obserwacyjny artylerii. Zdołano wyprodukować 17 sztuk, ale tylko 2 Mewy wzięły udział w kampanii wrześniowej. Jedna została rozbita podczas lądowania pod Lwowem, a drugą spalono 17-go września na lotnisku Zagwóźdź pod Stanisławowem. Pozostałe w fabryce Mewy Niemcy wywieźli jeszcze w 1939 roku. Samolot był wyposażony w 3 karabiny maszynowe i radiostację.

Z wyjątkiem "Łosi" cały ten sprzęt ustępował pod każdym względem samolotom niemieckiej, a eskadry łącznikowe były niemal bezbronne. Mimo prawie ośmiokrotnej przewagi liczebnej nieprzyjaciela, w walkach powietrznych poniósł on poważne straty. Już 1 września brygada pościgowa zestrzeliła w rejonie Warszawy 14 samolotów niemieckich, a nazajutrz piloci 142 eskadry polskiej (4 pułk lotniczy) w rejonie Chełmży – 7.

Ogółem w okresie od 1 do 17 IX polscy myśliwcy zestrzelili na pewno 126 samolotów niemieckich, prawdopodobnie jeszcze 10 i uszkodzili 14. Ponadto polskie załogi bombowe zestrzeliły 11 maszyn, a artyleria przeciwlotnicza kilkadziesiąt. Według archiwalnych źródeł niemieckich, Luftwaffe straciła bezpowrotnie w kampanii polskiej ok. 247 samolotów, w tym 91 w wypadkach lotniczych a niemal tyleż zostało uszkodzonych. Lotnictwo polskie straciło ok. 70% sprzętu i wielu lotników.

***

Wojna obronna Polski w powietrzu, nie trwała długo tak jak cała Kampania Wrześniowa, bo skończyła się klęską polskich sił powietrznych po zaledwie 2 tygodniach walki. 1 września ok. 16.30 dwa dywizjony myśliwskie Brygady Pościgowej zostały zaalarmowane i poderwane w powietrze celem przechwycenia niemieckiej wyprawy bombowej nad Warszawą. Zgrupowanie to, do którego dołączyły samoloty 152 eskadry, liczące razem ok. 40 P.7 i P.11, starło się z bombowcami He 111 eskortowanymi przez dwusilnikowe myśliwce Bf 110. W wyniku walki zestrzelonych zostało pięciu Polaków. Jednym z nich był ppor. Feliks Szyszka ze 123 eskadry. Ranny i poparzony wyskoczył z trafionej "siódemki". Wisząc na spadochronie został wzięty na cel przez Messerschmitta, został postrzelany w nogi. Ledwie żywy wylądował niedaleko Nieporętu. Sanitarka zabrała go na lotnisko Brygady Pościgowej w Poniatowie, gdzie lekarz eskadry udzielił mu pierwszej pomocy. Potem trafił do Szpitala Mokotowskiego w Warszawie. Przeżył, udało mu się później przedostać do Francji i Anglii, gdzie zginął w 1942 r.

2 września piloci 141 eskadry otrzymali rozkaz ataku na niemieckie czołgi na szosie Gruta-Łasin. Absurdalny i bezmyślny rozkaz dowódcy lotnictwa Armii "Pomorze" doprowadził do rzezi pilotów eskadry. Trójka z nich została zestrzelona przez obronę przeciwlotniczą: kpt. Florian Laskowski, ppor. Władysław Urban i kpr. Benedykt Mielczyński. Samolot Laskowskiego spadł na pole koło Gruty i rozłamał się na dwie części. Ciężko ranny pilot żył jeszcze parę godzin - Niemcy nie pozwolili zbliżyć się cywilom do wraku, by udzielić rannemu pomocy. Drugi z lotników, Mielczyński, ranny wylądował przymusowo we wsi Wielkie Tarpno. Mieszkańcy usiłowali udzielić mu pomocy, jednakże następnego dnia (3 września) do wsi wkroczyli Niemcy i zastrzelili pilota oraz opiekującego się nim 19-letniego chłopaka, Jana Kraszewskiego (według powojennej relacji mieszkańca Wielkiego Tarpna, Bolesława Niezgody, fakt opieki Kraszewskiego nad Mielczyńskim nie jest prawdziwy, a jedyne co ich łączy to data i miejsce śmierci oraz miejsce pochówku). Trzeci pilot z toruńskiej eskadry, ppor. Urban, zginął na miejscu.

2 września ok. 10.00 z lotniska Kłoniszew w ramach zorganizowanej tam zasadzki wystartowali ppor. Jan Dzwonek i ppor. Edward Kramarski. Polecieli nad linię frontu, gdzie łupem Dzwonka padł rozpoznawczy Henschel, a następnie skierowali się ku Łodzi. Zostali zaatakowani przez Bf 109 - Kramarski zginął zestrzelony, a ranny Dzwonek na uszkodzonej maszynie zdołał uciec. Nad Łodzią włączył się do bitwy między P.7 i P.11 a Bf 110. Szybko został zestrzelony i na spadochronie opuścił płonący samolot. Jeden z Messerschmittów próbował go ostrzelać, jednakże kpr. Jan Malinowski ze 162 eskadry rzucił się na pomoc koledze i zestrzelił atakującego Niemca. Już wcześniej ranny i poparzony Dzwonek bezpiecznie opadł na ziemię i wkrótce przetransportowany został do szpitala w Warszawie. 3 września ok. 10.00 III/1 Dyon Myśliwski wystartował alarmowo przeciwko niemieckim samolotom. W walce osiemnastu Bf 110 i osiemnasty P.11 zestrzelony został dowódca dyonu, kpt. Zdzisław Krasnodębski i wyskoczył na spadochronie. Jeden z Messerschmittów usiłował ostrzelać wiszącego na spadochronie pilota, jednakże skuteczny atak od czoła przeprowadzony przez por. Arsena Cebrzyńskiego zmusił Niemca do ucieczki.

4 września kpr. Jan Kawałkowski ze 151 eskadry myśliwskiej wystartował z lotniska Biel "siódemką" na patrol. Podczas lotu napotkał niemiecki samolot (wg polskich źródeł - Dorniera Do 17), z którym wdał się w walkę. Został zestrzelony i wyskoczył z samolotu ze spadochronem. Jego P.7 spadł na zabudowania wsi Dąbrówka. Według relacji świadków (mieszkańców Dąbrówki), niemiecki samolot zawrócił i parokrotnie strzelał do wiszącego na spadochronie Polaka. Ciężko ranny w piersi Kawałkowski spadł paręset metrów od miejsca upadku jego maszyny. Pracujący w polu rolnicy dobiegli do niego i przenieśli go do domu wójta Dąbrówki. Pilot zmarł tego samego dnia, żył jeszcze kilka godzin. Miejsce i godzina walki pozwalają z bardzo dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, iż oprawcą Polaka był Gefr. Alfred Warrelmann, pilot Bf 110 (Dorniery i Messerschmitty były mylone przez polskich pilotów) z jednostki I.(Z)/LG 1.

6 września po południu na rozpoznanie rejonu Warta - Sieradz - Zduńska Wola wystartowała na "Karasiu" załoga 34 eskadry rozpoznawczej w składzie: por. obs. Edmund Górecki, kpr. pil. Marian Pingot i kpr. strz. Jan Wilkowski. W drodze powrotnej na swoje lotnisko Polacy zostali zaatakowani nad wsią Borecznia przez cztery Bf 109. "Karaś" zapalił się - pierwszy na wysokości ok. 1000 metrów wyskoczył Górecki, który natychmiast został wzięty na cel przez Messerschmitty. Bezbronny, wisząc na spadochronie, zginął "rozstrzelany" przez Niemców. Jako drugi na 300 metrach wyskoczył Wilkowski (przy lądowaniu doznał kontuzji nóg), natomiast pilot, kpr. Pingot, zginął we wraku (istnieje także druga wersja tego wypadku, według której Górecki został omyłkowo ostrzelany przez polską obronę przeciwlotniczą; jak było naprawdę nie sposób dziś ustalić).

7 września st. szer. Marian Futro ze 121 eskadry myśliwskiej został zestrzelony w rejonie Puław przez Bf 109 i przymusowo lądował na swojej P.11c w rejonie Ciepielowa. Następnego dnia, w drodze powrotnej na polowe lotnisko swojej jednostki, został zastrzelony przez niemiecki patrol zmotoryzowany. Brak szczegółowych informacji na temat tego zdarzenia, przypuszczać jednak należy, że Futro nie walczył z bronią w ręku. Być może poddał się i wzięty do niewoli został zamordowany. Powyższe przykłady ilustrują bestialstwo Niemców w sposobach prowadzenia wojny. Niemcy jako pierwsi dopuścili się bombardowania miast, cywilnych kol

umn uciekinierów oraz ostrzeliwania w powietrzu lotników na spadochronie. Cokolwiek nie mówić o działaniach lotnictwa alianckiego w późniejszych latach wojny (bombardowanie niemieckich miast czy potwierdzone, choć nieliczne przypadki ostrzeliwania Niemców na spadochronach), należy pamiętać, iż wszystko to jako pierwsi czynić zaczęli Niemcy we wrześniu 1939 r. w Polsce.

Kapitan pilot Mieczysław Medwecki pierwszy lotnik polski, który zginął w powietrzu w czasie II Wojny Świtowej. Było to 1 września 1939 o godz. 5.20 III Dywizjon Myśliwski, 2 Pułku Lotniczego w Krakowie (pod dowództwem kpt. Mieczysława Medweckiego) składający się z 121 i 122 Eskadry Myśliwskiej. Został przeniesiony na kilka dni przed rozpoczęciem wojny z lotniska w okolicach Rakowic na polowe lądowisko w Balicach. Stan dywizjonu wynosił wówczas 18 oficerów, 11 podoficerów pilotów i 20 maszyn „P-11c”. Kilka minut po 5–ej bombowce hitlerowskie zaatakowały lotnisko w Rakowicach.

Rankiem 1 września gdy nadlatywały niemieckie bombowce, nadlatujący w stronę Krakowa piloci pułku Medweckiego myśleli, że to polskie samoloty. Mieczysław jako pierwszy rozeznał się w sytuacji i podniósł alarm bojowy. Kwadrans po 5-ej dywizjon Medweckiego wystartował do walki. Na kopcu Kościuszki były stanowiska dział przeciwlotniczych. Niemieckie bombowce chcąc uniknąć ich ognia zniżyły lot w kierunku na Balice, a stamtąd właśnie wystartowały polskie maszyny. Nadlatujący lotem koszącym hitlerowski „Ju- 87” otworzył ogień do samolotu Medweckiego. Tak właśnie zginął pierwszy polski lotnik - miejscem zestrzelenia była miejscowość Chrosna, położona na zachód od Morawicy, tuż obok Balic. Startujący równocześnie z kpt. Medweckim podporucznik Gnyś w parę minut później zestrzelił pierwszą niemiecką maszynę. W pół godziny później plutonowy pilot Flanel odniósł drugie z kolei powietrzne zwycięstwo. Pierwszego dnia wojny dywizjon krakowski zestrzelił 5 hitlerowskich samolotów.


Grób kpt. pilota Mieczysława Medweckiego w Morawicy

Rozdział III

Losy Mieczysława Medweckiego

Mieczysław Medwecki, syn Antoniego. Miał pięcioro rodzeństwa, z czego troje zmarło. Brat Witold zmarł w 1926 roku podczas Przewrotu Majowego. Siostra Wanda zmarła w Muszynie w 1942 roku na dur brzuszny.

W piętnastym roku życia (I Wojna Światowa) uciekł z domu aby wstąpić do wojska- XIX Pułku Ułanów Wołyńskich z Bolszewików gdzie został odznaczony Krzyżem Walecznych. W młodości uczęszczał do Szkoły Realnej gdzie jako młody mężczyzna założył Polskie Koło Szkolne będące odpowiednikiem szkieletu Polskiej Organizacji Wojskowej. Wtedy zajmował się dostawą broni do plutonu, kradł broń chłopom ukraińskim. Został przez nich złapany i internowany. Udało mu się uciec. Po miesiącu tułaczki natknął się na szwadron jazdy wojewódzkiej warszawskiego dwunastego pułku ułanów. W 1920 roku został wyróżniony odznaką Orlęta, gdzie odpis tejże odznaki znajduje się w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie.

Trudno już dziś ustalić, co przesądziło o tym, że wychowanek Jaworskiego Korpusu Kadeckiego został zarażony „bakcylem latania”. Jeszcze jako kilkunastoletni chłopak zgłosił się do wojska na ochotnika, poszedł na wojnę ułan, i jako ułan wrócił z niej z Krzyżem Walecznych...

Lecz gdy w 1925 roku ukończył Korpus Kadetów był już w orbicie przyciągania dęblińskiej „Szkoły Orląt”. Prawda, w tych latach „choroba” latania ograniczała młodych ludzi coraz powszechniej z czasem wręcz przybierze rozmiary epidemii- i nie powstrzymywał jej rozwoju bynajmniej fakt, że lotnicze życzenie „tyle lądowań ile startów” przy ówczesnych wysoce jeszcze niedoskonałych maszynach, tragicznie często się nie spełniały. Zarażeni bakcylem uparcie ustawiali się w kolejce do wymarzonej dęblińskiej podchorążówki. Nawet i na tym tle podchorąży Medwecki był jednym ze szczególnie ciężkich przypadków „chorobowych”- mawiano o nich czasem, że najchętniej zamieszkaliby w powietrzu, między chmurami...Dalsze koleje losu Mieczysława Medweckiego miały potwierdzić, iż jest to przypadek absolutnie nieuleczalny.

Podchorąży Medwecki uczniem był niecierpliwym więc przełożeni tak zupełnie łatwego życia z nim nie mieli: zdarzyło się, że okazał się podwładnym niezdyscyplinowanym- bo nie zadowalała go odznaka obserwatora lotniczego, chciał być pilotem więc...”zbuntował” kolegów. Przedłużył przez to swój pobyt w dęblińskiej szkole o rok, ale że- widać – jego objawy chorobowe ocenili fachowcy, więc w szybkim tempie pokonywał kolejne pułapy lotniczego kunsztu. W maju 1929 roku rozpoczął szkolenie w pilotażu na lotnisku w Dęblinie, a w rok później był już po kursie pilotażu wyższego stopnia przy dywizjonie myśliwskim w Krakowie. I nie byle jakiego miał nauczyciela podporucznik Medwecki! Wysokiej klasy pilotem myśliwskim rodził się pod skrzydłami samego Jerzego Bajana- późniejszego zwycięzcy Challenge’u w 1934 roku...

Jako się rzekło młody podporucznik urzeczony był przede wszystkim pięknem latania lecz dla pełniejszego obrazu jego sylwetki wypada dodać, że i piękno na ziemi potrafił zauważyć i docenić. Za mundurem - jak wiadomo- panny stały wówczas sznurem, ale we Lwowie i w Krakowie mówiło się i to chyba nie bezpodstawnie, ze za mundurem podporucznika Medweckiego ów sznur panien szczególnie był długi... Zapewnie nie było tez dziełem przypadku, ze jego żona właśnie miała być uznawana za jedna z piękniejszych kobiet pod Wawelem. W 1934 roku ożenił się z Marią, która pochodziła ze Lwowa. W chwili zawarcia związku małżeńskiego z podporucznikiem Medweckim miała 17 lat, on zaś, aby zaprowadzić narzeczoną przed ołtarz, musiał- zgodnie z ówczesnymi przepisami dotyczącymi oficerów – uzyskać zgodę generała, żandarmerii wojskowej, wreszcie wpłacić 5 tysięcy kaucji. Maria, chcąc nie chcąc, musiała się pogodzić, że pierwszą miłością męża jest latanie. I już 3 miesiące po ślubie miała się boleśnie przekonać, co to znaczy być żoną lotnika.

Podporucznik Medwecki poleciał wraz z grupa innych pilotów do Jugosławii, aby przeszkolić tamtejszych pilotów w lataniu na „pezetelkach”- wówczas jednych z najczęściej kupowanych i najnowocześniejszych samolotów myśliwskich w Europie. Do­wódcą eskadry pol­skich pi­lotów był major Stefan Paw­li­kowski, a nad ca­ło­ścią eska­pady do Ju­go­sławii czuwał już wtedy pilot-legenda, ge­nerał Lu­domir Rayski, który przy­le­ciał tam wcześniej. 18 wrzesnia 1934 r. na lot­nisku w Zemuń niedaleko Białogrodu dzisiejszy Belgrad wy­da­rzyła się ka­ta­strofa sa­mo­lo­towa, której ofiarą padł polski lotnik ppor. inż. Me­dwecki z Lu­blina. Nie­stety przy zbyt bra­wu­rowej akro­bacji, w obec­ności króla Alek­sandra Ka­ra­dżor­dże­wicza (trzy tygodnie póżniej 09.10 1934 r. zginął w zamachu) za­ha­czył o wy­sokie drzewo [nie­które źródła po­dają, ze rozbił się o zbocze góry przyp. JO] i spadł na ziemię roz­bi­jając się do­szczętnie. Lot­nika ciężko ran­nego od­wie­ziono do szpi­tala, gdzie na­tych­miast do­ko­nano ope­racji. We­dług za­pew­nień le­karzy, życiu inż. Me­dwec­kiego nie grozi niebezpieczeństwo”.
Jugosłowiańscy lekarze z początku orzekli, że tu się już nic nie da zrobić. Połamane ręce, nogi, żebra uszkodzona wątroba, pokiereszowana twarz. Sprowadzono dwóch profesorów z Wiednia. Medwecki nie dał sobie zrobić narkozy przed operacją, bo bał się, że mu amputują nogę i nie będzie mógł latać!

W chwili, gdy jego życie wisiało na włosku myślał przede wszystkim o tym, czy będzie mógł latać. W ciągu 7 miesięcy, które spędził owinięty bandażami od stóp do głów, tylko z otworem na usta, zadawał sobie to podstawowe dla niego pytanie- czy będzie mógł latać! Do belgradzkiego szpitala, w którym leżał polski pilot przybył osobiście król Aleksander, aby wręczyć mu najwyższe jugosłowiańskie odznaczenie, a Medwecki liczył dni do chwili, gdy zdejmą mu bandaże i będzie mógł spróbować czy za sterami samolotu dane będzie usiąść... Kiedy zdjęto bandaże z twarzy- żona nie poznała męża. Kiedy po siedmiu miesiącach wrócił do Warszawy z nogą w szynie- lekarz lotniczy nie zostawił miejsca na złudzenia: nie może Pan latać! I zgodnie z lekarskim wyrokiem- porucznika Medweckiego zawieszono w lataniu dając w zamian funkcję adiutanta dowódcy pułku lotniczego. Ani straszna kraksa lotnicza (nie ostatnia z resztą) ani lekarskie wyroki nie zdołały jednak wypędzić z pilota tego „bakcyla”. „Ja muszę latać!”- powiedział i rozpoczął podróże po kraju i za granicy, wszędzie gdzie tylko był cień szansy, że przywrócona mu zostanie sprawność , nie zbędna w kabinie samolotu myśliwskiego.

Regularnie, co trzy miesiące jeździł na badania do „ cebuli” (Centrum Badań Lotniczych)- prośbą , groźbą i perswazją usiłując wydobyć z ust ludzi biegłych w medycynie to słowo. Wreszcie po kilkunastu miesiąca lekarze „cebuli” wobec falowych ataków rekonwalescenta wywiesili białą flagę. Może latać! Porucznik Medwecki wrócił do Krakowa na stanowisko zastępcy dowódcy dywizjonu myśliwskiego. Dowódcą był Jerzy Bajan.

Jak już zostało powiedziane nie był to ostatni wypadek. Kolejny wydarzył się na lotnisku Rakowice. Na skutek niedopatrzenia mechanika „jedenastka” Medweckiego rozbiła się w chwilę po stracie. Tym razem miał uszkodzone kręgi, przeleżał w krakowskim szpitalu trzy i pół miesiąca. Znów wrócił za stery.

I nie było mocnego ani mocnej, którzy zdołaliby mu wyperswadować, iż powinien sobie już dać spokój, że to już nierozważne... Muszę latać! – odpowiadał i nie dawał szans na kontynuowanie dyskusji. Gdy major Jerzy Bajan awansowany został na komendanta dęblińskiej szkoły orląt, przekazał krakowski dywizjon myśliwski w ręce swego ucznia. Kapitan Mieczysław Medwecki od 1938 roku latał więc jako dowódca III/2 Dywizjonu Myśliwskiego. Najmłodszy w Polsce dowódca.

Przodkowie Kapitana Medweckiego przybyli do Polski z Węgier. Te madziarskie korzenie rodziny wraz z opinią świetnego doświadczonego pilota sprawiły zapewne, iż otrzymał propozycję przejścia do lotnictwa węgierskiego. Oferowano mu od razu stopień podpułkownika. I być może, sprawa byłaby do załatwienia między dowództwami polskimi i węgierskimi- lecz kapitan Medwecki odmówił. Pozostał w krakowskim dywizjonie.

Mieczysław Medwecki był bardzo aktywnym człowiekiem. Interesował się motoryzacją. Swoim samochodem lubił podróżować na przykład nad Morze Czarne jak i do Muszyny, gdzie kiedy przyjeżdżał Fiatem robił ogromne wrażenie na mieszkańcach. Razem ze swą piękną żoną Maria spacerowali nad rzeką Poprad a wszyscy przyglądali się im z wielkim szacunkiem i podziwem. Pani Maria była piękną kobietą: zgrabną i szczupłą. Zimą wybierali się na narty, a w lecie podróżowali tak jak już było wspomniane wcześniej nad Morze Czarne ale również nad morze Śródziemne gdzie wypoczywali w 1939 roku. To była jego ostatnia podróż.

Prywatnie był bardzo rodzinnym i ciepłym człowiekiem. Szanował młodzież i lubił z nią pracować. Robił na nich ogromne wrażenie, jego osoba była dla młodych ludzi wzorem do naśladowania. Z wypowiedzi jego kolegów dowiadujemy się, że był on wyjątkowo uroczy i pogodny. Mimo swojej pozycji nie traktował nigdy swoich kolegów jak wręcz przeciwnie był dla nich przyjacielem i kolegom. Nie zachowywał się zarozumiale, zawsze miał szacunek do innych ludzi. Lecz przede wszystkim był wspaniałym pilotem.

Według żony Mieczysław był bardzo lubianym człowiekiem, zawsze zabiegano o jego towarzystwo. Mieczysław Medwecki był bardzo przystojnym mężczyzną, który podobał się kobietom. Tworzył wokół siebie taką aurę która przyciągała do niego ludzi. Był człowiekiem którego chce się poznać, porozmawiać z nim a potem, nie da się zapomnieć. Maria mówiła o nim, że był bardzo zdyscyplinowany jako pilot. Zawsze sumiennie wypełniał swoje obowiązki. Lotnictwo było dla niego wielką pasją, której się całkowicie oddawał.


Zestawienie źródeł i opracowań.

Tekst opracowały uczennice ZSO - Gimnazjum w Muszynie w 2009 r. w składzie:
Anna Swinecka
Pamela Szubryt
Angela Weberbauer

Strona graficzna - Alexander Gucwa

a. Wywiady:
Maria Sanecka
Anna Medwecka -Kornaś

b. Opracowania:

Bednarz J., Litwinienko M., Zapała K., Historia 3, Podręcznik dla gimnazjum, Gdynia 2008.
Ustrzycki J., H3,Podręcznik dla gimnazjum, Gdynia 2008.
J. Chrobaczyński, Wielka historia Polski 1939-1945, Kraków 2000, s.7.
Nałęcz T., Samsonowicz H., Tazbir J., Staszewski J., Kizwalter T.,Paczkowski A., Chwalba A., Polska na przestrzeni wieków, Warszawa 2006, s.617.
T. Nałęcz, H. Samsonowicz, J. Tazbir, J. Staszewski, T. Kizwalter, A.Paczkowski, A.Chwalba, Polska na przestrzeni wieków, Warszawa 2006, s.544

c. Internet:
www.1939.pl

Na mapie zaznaczono miejsce upadku samolotu myśliwskiego PZL P.11c kpt. Mieczysława Medweckiego.
Dziś w tym miejscu przebiega autostrada A-4


Galeria zdjęć