Newsy:

znalezionych: 925 na 185 stronach
« poprzednia -   1  2  3  4  5  6  7  8  9   - następna »

Tablica pamiątkowa na Wojskowych Powązkach naszego krajana.

Cichociemny, porucznik broni pancernej ZBIGNIEW MRAZEK pseudonim ,,Aminius”, ,,Ropita” prokurator i adwokat, oficer Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i Armii Krajowej, uczestnik powstania warszawskiego, syn ziemi sękowskiej.
W najbliższym czasie zostanie zamieszczona tablica pamiątkowa na Wojskowych Powązkach wśród żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Informację tą zamieszczam na moim portalu aby społeczeństwo lokalne i nie tylko dowiedziało się czy przypomniało, że z pow. gorlickiego (Męcina Wielka) pochodził syn tej ziemi Wielki Polak, cichociemny por. Zbigniew Mrazek. Pamięć o wielkim patriocie, żołnierzu w naszym środowisku jest wiecznie żywa.

Biogram por. Zbigniewa Mrazka

Porucznik broni pancernej rez. Zbigniew, Stanisław Mrazek, ps. „Aminius”, ,,Ropita”, urodził się 30 stycznia 1908 r. w Męcinie Wielkiej, gmina Sękowa, pow. Gorlice. Był synem Stanisława, Jana (1866-1924) i Heleny z domu Strokołowska (1881-1969) Ojciec Stanisław, Jan był wiertaczem w firmie prowadzącej poszukiwania naftowe, był właścicielem kopalń ropy naftowej w Męcinie Wielkiej, Sękowej i Ropicy Ruskiej (obecnie Górnej) Ojciec por. Zbigniewa miał brata Mieczysława (1863 - 1938) właściciela kopalń, który miał syna Kazimierza Mrazka (1897–1989) – Sybiraka właściciela dworu w Sokole a Tadeusz starszy brat Kazimierza, był mjr Wojska Polskiego (1894 – 1981).

Z Męciny Wielkiej przeniósł się z rodziną do Jasła, gdzie w latach 1918— 1925 uczył się w gimnazjum, od 1925 kontynuował naukę w Państwowym II Gimnazjum Męskim im. Karola Szajnochy we Lwowie (przyjęty do kl. VIII), gdzie 19 maja 1926 uzyskał świadectwo dojrzałości. (obecnie ukraińska Szkoła Średnia nr 8) Studiował prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie (1926-1928) i Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, tam w 1930 otrzymał dyplom magistra prawa. Po ukończeniu aplikantury 1 kwietnia 1933 złożył egzamin sędziowski w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie i pracował, jako asesor sądowy w okręgu Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Postanowieniem ministra sprawiedliwości z 12 kwietnia 1934 mianowany podprokuratorem Sądu Okręgowego w Rzeszowie, a w 1938 wiceprokuratorem Sądu Okręgowego w Katowicach (był najmłodszym prokuratorem w ówczesnej Polsce).

W kampanii wrześniowej 1939 nie został zmobilizowany, jako ponad kontyngentowy. Ewakuowany z Sądem Okręgowym do Lwowa. 19 września przekroczył granicę i przedostał się do Rumunii. Wysłany przez Konsulat RP w Bukareszcie do Francji, 21 listopada 1939 wstąpił do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Odkomenderowany do Camp de Coetquidan, francuskiego obozu wojskowego w Bretanii w miejscowości Guer, który był pod komendą władz polskich. Tu otrzymał przydział do 2 kompanii ckm w Szkole Podchorążych Piechoty. Od 1 marca do 15 maja 1940 r. był na praktyce instruktorskiej w 3 pp. a do 17 czerwca uczył się w Szkole Podchorążych Piechoty w Coëtquidan. W tym czasie komendantem obozu jest generał Stanisław Maczek. Ośrodek nie należał już w chwili utworzenia do nowoczesnych, a żołnierze szkoleni byli tam głównie na francuskim sprzęcie pochodzącym jeszcze z I wojny światowej. Braki w wyszkoleniu ujawniły się w maju i czerwcu 1940 r. w czasie walk o Francję. Po załamaniu się frontu w czerwcu 1940 roku, batalion szkoły podchorążych przerzucony do obrony Bretanii, zajął stanowisko na linii Weyganda.

Po kapitulacji Francji z portu Le Verdon-sur-Mer angielskim statkiem „Delius", 23 czerwca ewakuowany został do Anglii i 1 lipca przeszedł pod dowództwo brytyjskie. Od 1 sierpnia do 8 października 1940 uczył się w Szkole Podchorążych Broni Pancernej w Crawford (prymus 2 komp.). Komendantem Szkoły był mjr Mieczysław Poniatowski z królewskiego rodu. W sierpniu, po podpisaniu porozumienia otrzymał pełne umundurowanie, angielskie battledresy z emblematami polskimi i broń osobistą.
Mianowany sierżantem podchorążym 8 października 1940 r. i przydzielony do I baonu czołgów XVI Brygady Pancernej jako z-ca d-cy plutonu. Od 1 września 1940 r. do 1 marca 1942 r. pełnił funkcje z-cy d-cy plutonu w 3 Pułku Czołgów XVI Brygady Pancernej i d-cy plutonu na samodzielnym kursie kierowców XVI Brygady Panc. w miejscowości Chirnside i Nisbet Mouse. 1 maja 1943 r. skierowany został na kurs szturmowy w baonie podhalańskim, jako z-ca oficera technicznego, a 3 czerwca powołany na staż w oddziałach brytyjskich.
Zgłosił się do służby w kraju, 5 listopada 1943 r. został zaprzysiężony w Oddz. VI Sztabu Naczelnego Wodza w Chicheley i z dniem 13 listopada 1943 r. przeniesiony do sekcji dyspozycyjnej Sztabu Naczelnego Wodza. W styczniu 1944 r. przez Algier i Taranto przetransportowany został do Głównej Bazy Przerzutowej we Włoszech (stacja wyczekiwania w Latiano). Mianowany podporucznikiem br. panc. ze starszeństwem od 1 marca 1944.

W nocy 12/13 kwietnia 1944 r. z bazy Campo Cassale koło Brindisi (Włochy) samolot HP Halifax LW-272 ,,D” z 1586 Eskadry Specjalnego Przeznaczenia w ramach operacji „Weller 14", zabrał na swój pokład czterech cichociemnych (ppor. Zbigniew Mrazek ,,Aminius”, ppor. Tadeusz Żelechowski ,,Ring”, ppor. Adam Benrad ,,Drukarz” i plut. Jan Ciaś ,,Kula” – kurier), wykonała skok na placówkę odbiorczą „Mysz" 242, położoną 13 km na zachód od Lublina, k. Bełżyc. Przez kilka dni przebywał przy oddziale partyzanckim „Szarugi" (Aleksander Sarkisow). Skierowany do Warszawy, przez pewien czas pracował w komórce „Kratka" prowadzącej łączność między więźniami Pawiaka a AK. W Warszawie otrzymał zbyt późno przydział do Okręgu A.K. Wilno, zatem po otrzymaniu rozkazu pozostał na miejscu.

1 sierpnia 1944 r. z meliny przy ul. Wilczej zabrany został przez kolegę cc mjr. Kazimierza Szternala ps. ,,Zryw”, który pochodził z Sękowej sąsiadującej wsi Zbigniewa Mrazka i przydzielony do sztabu Rejonu VI Obwodu V Mokotów, jako oficer do zleceń kmdta rejonu i d-cy pułku „Baszta" ppłk. „Daniela" (Stanisław Kamiński), a od 24 września po zranieniu „Daniela" - mjr. „Zrywa" jako p.o. d-ca Pułku „Baszta". Ranny w głowę na ul. Odyńca, dostał się po kapitulacji do niewoli niemieckiej.

Przetrzymywany był w obozie w Pruszkowie i Skierniewicach oraz oflagu VII-A Murnau. 28 kwietnia 1945 zameldował się w sojuszniczych oddziałach USA. Zgłosił się w Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu i wyjechał do Londynu, gdzie zameldował się w Oddz. VI Sztabu NW. Powtórnie wstąpił do PSZ po dowództwem brytyjskim i 26 lipca przydzielony został do Ośrodka Szkoleniowego Br. Panc. w Catterick w Yorkshire, a 19 grudnia 1945 do 5 Pułku Pancernego XVI Samodzielnej Brygady Pancernej I Korpusu Polskiego.
W dniu 11 października 1946r. jako por. zwolniony z PSZ poza Krajem. W kwietniu 1947 r. opuścił Wielką Brytanię i powrócił z rodziną do Polski. Zamieszkał w Sopocie i od 21 czerwca 1949 został adwokatem w Okręgu Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z siedzibą w Sopocie.

Prześladowany przez władzę komunistyczną, rozpracowywany, jako oficer Oddz. VI Sztabu NW. W I połowie lutego 1950 został tymczasowo aresztowany i decyzją prezydenta miasta Sopotu z 24 lutego otrzymał nakaz natychmiastowego opuszczenia wraz z rodziną Sopotu i obszaru nadmorskiego, jako element niepewny i politycznie podejrzany. Skonfiskowano mu mieszkanie wraz z wyposażeniem i zakazano prowadzenia praktyki adwokackiej, co przepłacił później wrzodem żołądka na tle nerwowym i ciężką operacją. W latach 1956-1957 bezskutecznie starał się o rehabilitację i odzyskanie mieszkania.

Od 15 maja 1950 r. do 31 stycznia 1952 r. pracował w Centralnym Zarządzie Gazownictwa w charakterze starszego instruktora i kierownika Działu Organizacji Pracy i Płacy w Warszawie, następnie przeszedł do pracy w Gorzowskich Zakładach Włókien Sztucznych (w budowie) - od 30 czerwca 1952 r. w charakterze radcy prawnego przedsiębiorstwa. 28 czerwca 1958 wpisany na listę adwokatów Wojewódzkiej Izby Adwokackiej w Gdańsku z siedzibą w Nowym Dworze Gdańskim. Później mieszkał m.in. w Szczecinie, gdzie pracował w Biurze Projektów Gospodarki Wodno-Ściekowej i Ochrony Atmosfery „Biprowod" w Warszawie - Oddz. w Szczecinie. W związku z długotrwałą chorobą z dniem 16 lutego 1973 r. przeszedł na emeryturę. Ostatnio mieszkał w Cieplicach Śląskich (obecnie Jelenia Góra). Jego losy wymagają dalszych badań. Odznaczony m.in. Krzyżem Virtuti Militari 5 kl. i Krzyżem Walecznych.

Zmarł 22 stycznia 1981r. w sanatorium Bukowiec k. Kowar, pochowany na cmentarzu Cieplice – Jelenia Góra. 3-krotnie żonaty. W 1934 poślubił Michalinę z domu Czajka (1909-1988), absolwentkę Wydz. Prawa UJ, mieli córkę Ewę (ur. 1935), po mężu Zieleniewska, inż. ceramiki po AGH. Powtórnie zawarł związek małżeński w Szkocji (1947) z Wandą z domu Dzwonkowska (1913-2006), kosmetyczką, mieli syna Piotra (ur. 1947), absolwenta Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie (1968). Ostatnio poślubił Elżbietę z domu Przybysz (ur. 1923), sekretarkę.

PS

Od syna por. Zbigniewa Mrazka Pana Piotra, dowiedziałem się, że namiętnie uprawiał szybownictwo, grał w tenisa ziemnego reprezentując region nawet za granicą, był zapalonym narciarzem, znał się z Bronisławem Czechem, wielokrotnie spływał Dunajcem przez jego przełomy, lubiał grać w bridge’a. Był kochającym Ojcem, łatwym we współżyciu, nieprzywiązującym wagi do dóbr materialnych, lubiącym kontakty towarzyskie. Był muzykalny – lubił operę, której dużo nasłuchał się podczas pobytu w bazie Cichociemnych we Włoszech. Był zapalonym wędkarzem i piechurem.
Źródło: Biogram por. Zbigniewa Mrazka został opracowany na podstawie Słownika biograficznego cichociemnych, t. IV, Zwierzyniec-Rzeszów 2011, autorstwa Krzysztofa A. Tochmana.

Zobacz galerię zdjęć

S + P
Porucznik
Zbigniew Mrazek
31. stycznia 1908 - 22. stycznia 1981
Cichociemny ps. Aminius
1940 – 1943 w Wielkiej Brytanii
oficer XVI Bryg. Panc. gen.St. Maczka
W nocy 12/13.IV.1944 roku zrzucony do kraju
operacja lotnicza „Weller 14” ekipa nr.41
Uczestnik Powstania Warszawskiego pułk Baszta
ranny, jeniec oflagu Murnau
Odznaczony
Krzyżem Virtuti Militari
Krzyżem Walecznych
Cześć Jego Pamięci

77. rocznica Zbrodni Katyńskiej

Po sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 r. w niewoli sowieckiej znalazło się 240-250 tys. polskich jeńców, w tym ponad 10 tys. oficerów. 5 marca 1940 roku Józef Stalin podpisał uchwałę o zgładzeniu obywateli polskich wziętych do niewoli. W kwietniu rozpoczęto likwidację obozów dla polskich oficerów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. W ciągu sześciu tygodni rozstrzelano 14 587 jeńców. Zamordowano również ok. 7 300 Polaków przetrzymywanych w więzieniach na obszarze przedwojennych wschodnich województw Rzeczypospolitej.

Katyńska epopeja zaczyna się już we wrześniu 1939 r., zaledwie kilka dni po sowieckiej inwazji na Polskę. Wtedy rozkazem szefa Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych (NKWD) Ławrientija Berii powstają obozy przeznaczone dla polskich jeńców wojennych, m.in. osławione później Kozielsk, Ostaszków i Starobielsk.
Rozstrzeliwanie pierwszych jeńców zaczyna się już 15 marca – ginie pierwszych trzynastu. Masowe transporty śmierci zaczynają się dopiero na początku kwietnia. 3 kwietnia zapełniają się pierwsze mogiły w Katyniu. Dzień później pierwsze strzały rozlegają się podziemiach twerskiej (wówczas Kalinin) siedziby NKWD (ciała chowano w Miednoje), 5 kwietnia zaczyna się mordowanie w Charkowie. "Z pierwszego zlecenia wykonano nr 343", melduje tego dnia szef twerskiego NKWD. Rozstrzelania trwają niemal do końca maja – 20 maja ostatnia grupa jeńców ginie w lesie katyńskim. W tym samym czasie trwa wspomniane "rozładowywanie" więzień – ponad 7 tys. więźniów ginie najprawdopodobniej w Kijowie i Mińsku. Ich mogiły, których do tej pory nie odnaleziono, znajdują się prawdopodobnie w Bykowni i Kuropatach. Masakry uniknęło jedynie 395 więźniów Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska, których z niejasnych do końca przyczyn NKWD postanowiło nie zabijać. "Motywy, dla których tym trzem procentom zdecydowano darować życie, są nie mniej, a nawet bardziej tajemnicze, niż motywy decyzji o fizycznej likwidacji pozostałych 97 proc." - pisał po latach por. Stanisław Swianiewicz, jedyny oficer, który uniknął śmierci, chociaż już był w Katyniu.

Zginęło: 12 generałów, 1 admirał, 82 pułkowników, 205 podpułkowników, 563 majorów, 1521 kapitanów, 18 kapitanów marynarki, 1830 poruczników, 4149 "innych oficerów", 21 duchownych, wśród nich był też mój sąsiad z Bobowej mjr. artylerii Feliks Wróbel, który spoczywa w Bykowni koło Kijowa.

Informację o odkryciu masowych grobów w Katyniu Niemcy podali 13 kwietnia 1943 r. (to dziś symboliczna rocznica zbrodni).

***

10 kwietnia 2010 r. doszło do katastrofy Tu-154M, którym na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, leciała polska delegacja z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Zginęło w sumie 96 osób - m.in. prezydencka para, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, przedstawiciele polskich elit politycznych, wojskowych i kościelnych oraz środowisk pielęgnujących pamięć o zbrodni katyńskiej.

***

Wczoraj byłem na dwóch cmentarzach wojennych z I wojny światowej w Pilźnie - cw nr 236 i 237, w pobliżu tych cmentarzy, które zlokalizowane są na cmentarzu parafialnym, znajduje się kwatera w której to ustawiona jest symboliczna mogiła „Katyńska”. Na postumencie obłożonym kamieniami ustawiony jest wysoki krzyż metalowy. Na przecięciu ramion umocowana jest korona cierniowa z wizerunkiem Jezusa poniżej tablica:

TYM CO RZUCALI CZYNÓW ZIARNO I CO PRZELALI KREW OFIARNĄ ZAMORDOWANI W KATYNIU I W INNYCH MIEJSCACH ZSRR
W 1939 I W 1940 ROKU.

Poniżej 10 nazwisk mieszkańców Pilzna i okolic zamordowanych na wschodzie.

12 rocznica odejścia św. Jana Pawła II do wieczności.

11 rocznica odejścia św. Jana Pawła II do wieczności.

12 lat temu w Watykanie odbył się pogrzeb Jana Pawła II, w ceremonii pogrzebowej uczestniczyło około pięć milionów pielgrzymów, wśród nich byłem i ja. 8 kwietnia 2005 r. w Watykanie na placu św. Piotra o godzinie 10:00 rozpoczął się pogrzeb zmarłego 6 dni wcześniej papieża Jana Pawła II. Mszy świętej w intencji zmarłego przewodniczył ówczesny dziekan Kolegium Kardynalskiego kardynał Joseph Ratzinger, który jedenaście dni później został papieżem, przybierając imię Benedykta XVI.

Msza była prowadzona w języku łacińskim, jednak kazania i prośby modlitewne były odczytane w innych językach, m.in. po włosku i polsku.
Na plac św. Piotra wyniesiono drewnianą trumnę z ciałem papieża. Ustawiono ją przed ołtarzem i położono na niej ewangeliarz. Kardynałowie ucałowali ołtarz, a następnie kardynał Joseph Ratzinger okadził go i odprawił akt pokutny.
Następnie kardynał Ratzinger wygłosił homilię. W wygłoszonej wówczas homilii kardynał Ratzinger powiedział między innymi: że ,,Jan Paweł II przebywa już w domu swojego Ojca”.

W czasie mszy pogrzebowej wierni wznosili okrzyki "Santo subito!", domagając się natychmiastowej kanonizacji Jana Pawła II. Po wezwaniu modlitwy powszechnej rozpoczęła się Liturgia Eucharystyczna i ofiarowanie darów, któremu przewodniczyły dwie pary w strojach góralskich. W kilkanaście minut później wierni przekazali sobie znak pokoju - a następnie przyjęli komunię. 350 kapłanów wyszło do zgromadzonych ludzi na placu, a sam kardynał Joseph Ratzinger udzielił komunii bratu Rogerowi ze wspólnoty Taize, który siedział na wózku inwalidzkim.
O godzinie 12 rozpoczął się obrzęd ostatniego pożegnania. Setki tysięcy wiernych pożegnały papieża oklaskami, odśpiewano Litanię do Wszystkich Świętych.

O 12:30 kardynałowie weszli do środka Bazyliki św. Piotra, gdzie po chwili została wprowadzona trumna z drzewa cyprysowego z papieżem. Trumnę spowijały czerwone wstęgi z pieczęciami najważniejszych instytucji papieskich.
Za trumną szedł m.in. arcybiskup Stanisław Dziwisz, najbliższy przyjaciel papieża, który był razem z nim od 40 lat. W Grotach Watykańskich w pobliżu grobu świętego Piotra, odbyło się ostateczne zamknięcie trumny i złożenie jej do trumny cynkowej, a następnie drewnianej (orzech). Całość trumny została ponownie opieczętowana, a na jej wierzchu przytwierdzono herb Jana Pawła II i krzyż. Do trumny został włożony woreczek z medalami wybitymi w czasie pontyfikatu Jana Pawła II oraz umieszczony w metalowym pojemniku akt, który zawiera najważniejsze fakty z okresu jego życia i pontyfikatu. W złożeniu trumny uczestniczyli jedynie najbliżsi współpracownicy papieża.

Bijące w Watykanie dzwony zakończyły jawną część uroczystości pogrzebowych kardynała Karola Wojtyły, głowy kościoła katolickiego, papieża Jana Pawła II. Trumna z papieżem została przez wiernych pożegnana oklaskami, płaczem i uśmiechem. W momencie wniesienia trumny do bazyliki, na placu świętego Piotra ponownie zaświeciło słońce, a zgromadzeni wierni pogrążyli się w modlitwie.

Według szacunków na pogrzeb papieża przyjechało ok. miliona Polaków. Większość z nich przebywała w Rzymie i miasteczkach dookoła Rzymu, gdzie oglądali pogrzeb na telebimach rozstawionych wokół Watykanu. Polska oficjalna delegacja składała się z prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z małżonką, byłego prezydenta Lecha Wałęsy, marszałków Sejmu i Senatu Włodzimierza Cimoszewicza i Longina Pastusiaka oraz premiera Marka Belki. Poza tym, w Rzymie znajdowała się 300-osobowa delegacja polskich parlamentarzystów i Episkopatu Polski. Przybyli szefowie państw i rządów - w sumie dwieście delegacji. Do Rzymu przyjechali: prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush, a także przedstawiciele rodzin królewskich i książęcych, reprezentanci innych wyznań i religii.

Szacunkowo mówi się, że dzięki przekazom telewizyjnym i radiowym, mszę obserwowało ponad dwa miliardy ludzi zgromadzonych na całym świecie.

12 rocznica pogrzebu Św.JP II

VII rocznica katastrofy smoleńskiej.
Smoleńsk raz jeszcze - warto przeczytać!

10 kwietnia 2017 roku mija 7 lat od tragedii rządowego samolotu Tu-154 pod Smoleńskiem. W wyniku tamtego wypadku śmierć poniosło 96 osób. Na pokładzie samolotu znajdowali się m.in. prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, grupa parlamentarzystów, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP, pracownicy Kancelarii Prezydenta, szefowie instytucji państwowych, duchowni, przedstawiciele ministerstw, organizacji kombatanckich. Byli to przedstawiciele polskiej delegacji udającej się na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

***

Mija siedem lat od katastrofy smoleńskiej, a zarazem siedem lat kłamstw i oszczerstw wynikających z braku wiedzy i cynizmu.
Doczekałem się pięknej, wolnej Polski. Nie chcę jej stracić, o katastrofie smoleńskiej mam prawo mówić. Poświęciłem lotnictwu niemal 50 lat, z czego jako kapitan w liniach lotniczych ponad 30. Przewiozłem bezpiecznie miliony pasażerów od Alaski po Australię, od Tokio i wyspę Guam na środku Pacyfiku po Amerykę Północną i Południową.
W cywilizowanym świecie do kokpitu samolotu wiozącego VIP-ów nikt nie ma wstępu. Dam przykład: w 2013 roku pani kanclerz Merkel leciała ze swą świtą do Indii. Samolotu nie wpuszczono w przestrzeń powietrzną Iranu. Kapitan prawie dwie godziny krążył po stronie tureckiej, po uzyskaniu zgody poleciał dalej. Pani kanclerz dowiedziała się o tym siedem godzin po wylądowaniu. Proszę sobie wyobrazić naszą polityczną gawiedź. Pewnie kapitana wyrzucono by za burtę, a politycy sami wiedzieliby najlepiej co robić. Od momentu katastrofy pojawia się podejrzenia o spisek na życie prezydenta i zdradę stanu z obcym państwem. O bredniach głoszonych na temat katastrofy można napisać książkę lub nawet kilka. Wspomnę tylko wybrane. Pan minister Macierewicz zaraz po katastrofie twierdził, że Rosjanie na lądowanie premiera Tuska przywieźli w teczce ILS (Instrument Landing System), a na lądowanie prezydenta już nie przywieźli. Dalej Rosjanie nie odpędzili, powtarzam kuriozalne określenie „nie odpędzili”, naszego kapitana i nie zamknęli lotniska. Odpowiem panu ministrowi: ILS waży kilkaset kilogramów. Na lotnisku Okęcie był montowany 4 lata. Specjalnie wyposażony samolot kalibrował go, stabilizował ścieżkę schodzenia i centralną oś pasa. Na lotnisku Modlin instalowano ILS przez 3 lata. Koszt wyniósł 62 mln złotych. Panie Ministrze - kapitana nie odpędza się. To komary lub muchę z czoła można odpędzać. Lotniska nigdy nie zamyka się kapitanom, wyjątkiem jest sytuacja jeśli na pasie stoi inny, uszkodzony samolot.

O lądowaniu lub nie decyduje tylko i wyłącznie kapitan. Pani poseł Kempa biegała po stacjach TV z rewelacją, że przyczyną katastrofy było niezabranie rosyjskiego nawigatora. Kosmiczna bzdura i kompromitacja pani poseł. Ma się to tak, jakby chirurgowi tuż przed operacją przyprowadzono salową i powiedziano, że jeśli pan doktor nie podoła, to ona pomoże przy operacji. Katastrofę smoleńską mozolnie, przez głupotę, brak wiedzy, chciwość i cynizm, przygotowywała polityczna czołówka PIS. Zaczęło się w 2006 roku za rządów premiera Jarosława Kaczyńskiego. W czasie publicznego wystąpienia minister obrony z PIS-u zapytany został przez oficerów-pilotów samolotu Tu 154 za Specpułku dlaczego nie ćwiczą na symulatorach. Odpowiedź była następująca i niebywale skandaliczna: „Nie, bo to ruskie symulatory”. Dla mnie powiało grozą i jęknąłem: „będziemy mieli katastrofy”. Nomen omen ten minister zginął w katastrofie smoleńskiej.

Ćwiczenia na symulatorach są niebywale ważne, uratowały wiele istnień i nie do pomyślenia jest, aby z nich rezygnować. Cały świat lotniczy z nich korzysta. Prezesi nawet najbiedniejszych linii lotniczych klną, ale płacą za ćwiczenia swoich załóg. Ogrom głupoty i braku odpowiedzialności powala tu na ziemię. Mogę dać dziesiątki przykładów, ale pozostanę przy swoim doświadczeniu. W mozolnych ćwiczeniach na symulatorze wielokrotnie wraz z załogą zabiłem się. Ale przyszła jeden raz okrutna rzeczywistość. Po 10-cio godzinnym locie, niewiele minut przed lądowaniem na moim lotnisku zrobiło się tragicznie. Mgła do samej ziemi, chmury, widzialność 50 m. Do zapasowego lotniska 800 km a paliwa resztki. Panie Ministrze Macierewicz, nikt mnie nie odpędzał, nikt mi nie zamykał lotniska ale widziałem śmierć w oczach i warunki ponad moje uprawnienia i siły. Myślałem już o straży pożarnej i karetkach. Pierwszy kontakt wzrokowy z ziemią miałem na dziesięciu metrach wysokości, błysnęła zielona lampa progu pasa i centralnej linii. Do portu samodzielnie bez pomocy „Follow me” nie mogłem pokołować. Nie było cudu, tylko wyszkolona załoga po wielu godzinach treningu na symulatorze. Wracający z urlopu w Singapurze, kolega kapitan i mój instruktor, wszedł przed lądowaniem do mojego kokpitu. Natychmiast został wyproszony. Nikt w takiej sytuacji nie może być w kabinie, w odróżnieniu od tego, co nasi politycy urządzili temu biednemu pilotowi pełniącemu funkcję kapitanaTU154. Żałość i rozpacz. Kiedy uderzycie się w piersi? Polityka PIS w imię idiotycznych i partykularnych fobii pozbawiła pilotów Specpułku ćwiczeń w symulatorze, obniżając bezpieczeństwo lotów w tym lotów z najważniejszymi osobami w Polsce. To był wstęp do katastrofy.

Rok 2008. Prezydent Lech Kaczyński wraz z zaproszonymi gośćmi, prezydentami i premierami lecieli do Gruzji przez Azerbejdżan. Gruzja była w stanie wojny z Rosją. Dlatego Pan Prezydent akceptuje taką trasę. W trakcie lotu Pan Prezydent zmienia swoją decyzję i poleca kapitanowi zmianę trasy lotu wprost do Tbilisi. Kapitan odmawia, bo nie zezwalają na to przepisy, ponadto gdyby niezidentyfikowany obiekt pojawił się w strefie działań wojennych mógłby być zestrzelony przez Gruzinów lub Rosjan. Mielibyśmy przez głupotę niebywały skandal międzynarodowy i na sumieniu prezydentów i premierów. Kapitan został obrażony przez Pana Prezydenta, nazwany tchórzem. Po przylocie do Warszawy straszony konsekwencjami. A wystarczyło polecić jednemu z licznych doradców-prawników zajrzeć do prawa lotniczego i naszego AIP. Wtedy kapitan zostałby przeproszony. Nie posądzam o samodzielny, nierozsądny pomysł samego Prezydenta. W samolocie był odcięty od światowych informacji, a newsy podały, że prezydenci Francji i Rosji lecą aktualnie z Moskwy do Tbilisi w asyście myśliwców. Pewnie jakiś usłużny poddał więc panu Prezydentowi przez telefon przednią myśl zmiany trasy lotu. Po tym zdarzeniu pozostało już w Specpułku niewielu doświadczonych pilotów, którzy chcieli latać z prezydentem. Kapitan nie może odmówić lotu, ale może, np. zachorować. To była kolejna cegła przyłożona do katastrofy.

Na lot do Smoleńska w fotelu kapitańskim zasiadł więc pilot nieposiadający w pełni uprawnień kapitańskich jak stwierdziła komisja. Opowiem jak to jest w liniach lotniczych. Na przykład jeśli ważność ćwiczeń w symulatorze przeciągnie się nawet o jeden dzień kapitan odmawia lotu. Kapitan odmówił lotu rano w słoneczny dzień do Wrocławia i z powrotem, bo zapomniano wyposażyć kokpit w ręczną, wymaganą instrukcją, latarkę. Ten młody kapitan miał rację. W tym locie mogło np. nastąpić zadymienie kabiny i ta latarka ratowałaby wszystko – odczyty przyrządów. Składam Jego Magnificencji Rektorowi Politechniki Rzeszowskiej gratulacje. Ten młody pilot od Pana wyszedł, tak jak wielu innych. Dziś latają oni jako kapitanowie w najlepszych liniach świata. Uważam, że gdyby tego młodego pilota Tu154 potraktowano jak w cywilizowanych społeczeństwach, to znaczy uszanowano jego kwalifikacje i decyzje oraz pozostawiono kokpit zamknięty, to po otrzymaniu standardowej informacji o pogodzie z wieży kontrolnej smoleńskiego lotniska i jeszcze bardziej nadzwyczajnej i dodatkowej informacji o godz. 08.24 że „warunków do przyjęcia nie ma”, to kapitan po stwierdzeniu, że na wysokości 100m nie widzi ziemi i pasa, odleciałby ma lotnisko zapasowe lub postawił samolot w krąg. Zgodnie z instrukcją wykonywania lotów. I to jest cała wiedza. Jednak chciwość, zarozumialstwo i cynizm możnych polityków zwyciężyły.

Przed wejściem pasażerów na pokład, honorem i przywilejem kapitana jest witanie najważniejszej osoby wraz z małżonką, czyli pana Prezydenta. Odebrał ten przywilej kapitanowi Dowódca Wojsk Lotniczych – generał Błasik. Po prostu pokazał mu jego miejsce i to, że jest tu nikim – poniżające i podłe. Ja w takiej sytuacji odmówiłbym lotu. Niby niewyobrażalne, ale nie dla tych którzy wiedzą o co idzie, zwłaszcza dla pilotów. Jest to kolejna cegła budująca to nieszczęście. Na 11 minut przed katastrofą kapitan otrzymuje wiadomość że "Pan Prezydent jeszcze nie podjął decyzji co robimy dalej”. To oburzające i paraliżujące oświadczenie. To kapitan ma wiedzieć, co robić i on decyduje! To on odpowiada za życie wszystkich na pokładzie, a nie pasażer, nawet najważniejszy! Kokpit winien być absolutnie sterylny i tylko kapitan może wydawać polecenia. Tam był po prostu bałagan. Nie wiadomo było kto dowodził, kapitan nie był w stanie pozbyć się gości (intruzów) z kokpitu, samolot pędził do ziemi, nic nie było widać poniżej nieprzekraczalnych 100 m. Generał, Dowódca Wojsk Lotniczych zamiast wrzasnąć w tym momencie „do góry!” nawet nie wyrzucił i nie uciszył intruzów – horror.

Pan minister Macierewicz z uporem twierdzi, że załoga zamierzała odejść na drugi krąg. Panie Ministrze, już byli tak nisko że zadziałała instalacja TAWS „Pull up, terrain ahead”. To paraliżująca informacja, każdy pilot natychmiast ucieka do góry, jeśli zdąży. A co robi załoga? Kapitan wycisza sygnalizację zmieniając nastawy wysokościomierza barycznego, tym samym pozbawiając się wskazania wysokości progu pasa – czyste samobójstwo. Robi to po to, aby sygnalizacja przy dalszym zniżaniu mu nie przeszkadzała! Chciał zobaczyć ziemię jak najszybciej przed minięciem radiolatarni. Po prostu na siłę chciał lądować. Naciski na niego, niekoniecznie słowne, były niewyobrażalnie mocne, tak aż uderzyli w ziemię 900 m od progu pasa. Dokładnie jak przez kalkę w Mirosławcu gdzie samolot CASA także uderzył 900 m przed progiem, taka sama pogoda.

Jednak informacja od Prezydenta nie była ostatnim ani najmocniejszym ciosem dla kapitana. Najboleśniej ugodził go kolega-kapitan samolotu JAK40, który kilkanaście minut wcześniej „spadł” na pas w odległości 700 m od progu. Dlaczego spadł? Bo pogoda była już fatalna i zniżając się poniżej dopuszczalnej wysokości 100 m ujrzał ziemię będąc już nad pasem. Nie zgłosił obowiązującej formuły, że widzi pas i prosi o zgodę na lądowanie. Zrobił to bez zgody wieży. Czym to się kończy dam przykład: podczas identycznej pogody na Teneryfie kapitan B747 otrzymał zgodę z wieży na start i gdy się rozpędzał kapitan drugiego B747 bez zgody wieży w kołował na środek pasa. Wynik – 862 osoby spłonęły. Pasażerowie rejsu JAK40 winni wygrać ogromne odszkodowania za narażenie ich życia. Otóż kapitan Tu154 zapytał przez radio kolegę-kapitana JAK40 o pogodę. Ten odpowiedział, cytuję: „Pizdowata, widać 200400 m, podstawa chmur 50 m, mnie się udało, możesz próbować”. To jest haniebne. Życie Prezydenta i ponad 90 innych osób to nie rosyjska ruletka, albo się uda albo nie. Winien krzyknąć „Uciekaj jak najszybciej”. Ten kapitan bryluje teraz na salonach pana ministra Macierewicza i jest jego pupilem.

Panie Ministrze, różnimy się, ja też mam swojego guru. Jest nim dr nauk technicznych, emerytowany pułkownik pilot doświadczalny Antoni Milkiewicz. Jako młody oficer-inżynier brał udział w komisji badającej katastrofy naszych IŁ62. Mimo nacisków potężnego ZSRR udowodnił winę producenta silników, narażając tym samym przyszłość swoją i swojej rodziny. Gratuluję Panie Ministrze pupila. Tak rodziła się katastrofa smoleńska, w której wybitny udział mieli politycy karmiący nas kłamstwami. Pomaga im kler, a szczególnie episkopat.

Od sześciu lat słyszę z ambon: „Żądamy prawdy”. A ta prawda jest znana. Nasza znakomicie wykształcona (pozazdrościć może nam wiele państw) komisja badania wypadków lotniczych ogłosiła wyniki. Zapewniam wszystkich, gdyby rozpatrywałaby to najlepsza amerykańska komisja NTSB, to wynik byłby identyczny. Jedynie zdjęto by jakąkolwiek odpowiedzialność z pracowników wieży , tak jak zrobił to nasz sąd po katastrofie w Mirosławcu. Ponadto dowiedzielibyśmy się o treści rozmów braci tak przed katastrofą jak i w locie do Azerbejdżanu.

Z rozgłośni toruńskiej leje się rzeka bzdur o katastrofie, a „Najważniejszy” orzekł, że jej uczestnicy byli „prowadzeni na specjalne zamordowanie”. To jest rozpaczliwie chore. Biskup zamyka z błahych powodów nie wiadomo na jak długo nam, wiernym świątynię a nie potrafi zareagować, gdy na drugi dzień po tragedii, w środku metropolii, najbardziej katoliccy dziennikarze ogłaszają światu, że Rosjanie dobijali pasażerów. Do dziś nie ma nagany kościoła ani sprostowania i przeprosin.

Ja to teraz robię – przepraszam Rosjan. Każdego 10-tego dnia miesiąca na czele z duchownym, z wizerunkiem Chrystusa i Matki Bożej, z flagami narodowymi o napisach niewybrednych i ubliżających Prezydentowi Państwa i Premierowi odbywają się partyjne wiece i modły o wolną Polskę. Żadnego biskupa to nie boli. Dzisiaj upominają nas i nazywają Targowiczanami. Już zrozumiałem nauki Kościoła. Służy temu, który więcej da lub więcej obieca. Gdzie jest biskup, który mówił „Największą mądrością jest umieć jednoczyć – nie rozbijać”. Tego dzisiejsi pasterze katoliccy nawet nie wspominają. Był to prymas Wyszyński.

Największym naszym wstydem jest zespół pana Macierewicza wraz z jego "profesorami". Otóż wszystkie komisje świata badające katastrofy lotnicze zaczynają od analizy wyszkolenia i przygotowania załogi, ostatniego wypoczynku, posiłku, sytuacji w pracy, w domu i lotu od samego przygotowania do startu. Panowie w zespole zaczynali od kolejnego wybuchu wskazanego przez guru, tak jakby samolot sam leciał. Prof. Nowaczyk oświadczył, że samolot był wprowadzony na zły pas. Panie profesorze to nie Frankfurt lub Amsterdam, w Smoleńsku jest tylko jeden pas! Dziwi się Pan, że zwolniono go z Uniwersytetu Maryland, ja dziwię się, że Pana w ogóle przyjęto. Nie wspomnę już o parówkach i różnych puszkach. Proponuję profesorom przed następnymi dociekaniami kupić godzinę lotu na symulatorze z instruktorem. Zapytać instruktora jak zachowują się piloci po sygnale „Pull up”. Podpowiem natychmiast: pełen gaz i do góry. A co robiła nasza załoga? Gnała do ziemi nadal, wyłączając sygnalizację.

Żal mi bardzo rodzin ofiar po dwakroć. Za stratę bliskich i za drwiny ze strony polityków. Radziłbym, a szczególnie Pani poseł-mecenas, zapytać pana Prezydenta, pana Sasina, pana Łozińskiego i innych, którzy byli najbliższymi doradcami Prezydenta: jaki dureń z ich otoczenia wymyślił lotnisko Smoleńsk, stare, zdewastowane, nieczynne od dawna lotnisko wojskowe mając w pobliżu dwa międzynarodowe, cywilne, czynne i sprawne porty lotnicze! Jaki skończony dureń wsadził do jednego samolotu tyle ważnych osobistości, zamiast rozlokować w trzech środkach transportu. I nie ubezpieczył ich. Czy to też wina Tuska?

Głosowałem z wielką nadzieją na mojego idola pana Lecha Kaczyńskiego – spokojnego, średniej klasy urzędnika. Zimny prysznic otrzymałem wieczorem jak prezydent elekt zameldował swojemu pierwszemu sekretarzowi wykonanie zadania. Wiedziałem, że będziemy mieli dwóch prezydentów: de jure i de facto . I tak pozostało. Było wiele zamachów na carów, bojarów, książąt, króli, papieży i prezydentów mocarstw. Pojedynczo, nie zbiorowo. Nasz Prezydent nie zagrażał nikomu, nie miał armii z bronią nuklearną. Nie był wybitnym mężem stanu, tylko mężem wspaniałej Pierwszej Damy. Nie bywał zapraszany na salony polityczne świata, ani sam nie zapraszał. Zginął przez cynizm najbliższych, ich chciwość i głupotę. Stąd dzisiaj ta żądza wynagrodzenia mu przez stawianie pomników, nazwy placów i ulic, a może wkrótce i miast. Piszę to w wielkim żalu i smutku, bo miałem sentyment do tego człowieka.

Jerzy Grzędzielski

Emerytowany kapitan linii lotniczych
Pilot doświadczalny samolotowy i szybowcowy
Instruktor samolotowy i szybowcowy
Inspektor Wyszkolenia Lotniczego
Oficer rezerwy Wojsk Lotniczych
Nalot w powietrzu ponad 25.000 godzin

Lista Ofiar katastrofy smoleńskiej - kliknij

*